Siła w nas

Kategoria: W ogniu pytań

Sierpniowe nawałnice pokazały, że jesteśmy sprawni i skuteczni, również jako społeczeństwo – mówi gen. brygadier Leszek Suski, komendant główny PSP. 

Takiego natężenia wyjazdów, jak po sierpniowych nawałnicach, już dawno nie mieliśmy. To był test dla naszego systemu ratowniczego. Czy go zdaliśmy?
Ostatnie nawałnice różniły się od innych dużych zdarzeń, np. powodzi z 2010 r. Tamta sytuacja była bardziej przewidywalna. I choć nie mogliśmy przeciwdziałać żywiołowi, byliśmy w stanie przygotować się do działań ratowniczych. Nawałnice to gwałtowne zjawisko, trudno przewidzieć dokładnie, gdzie przejdą i jakie pozostawią skutki. Według leśników ponad 45 tys. ha lasów zostało zniszczonych. W pożarze lasów w Kuźni Raciborskiej 25 lat temu spłonęło ponad 9 tys. ha, a mówimy, że to była największa klęska, jaka dotknęła lasy w ostatnich latach. Nawałnica zrujnowała domy, obiekty budowlane i obiekty użyteczności publicznej. Jesteśmy przygotowani do prowadzenia tego typu działań, jednak utrudnienia, z którymi się teraz spotkaliśmy, były dla nas nowe. Powalone drzewa niekiedy zatarasowały drogi do wysokości kilku metrów. Problemem było dotarcie do poszkodowanych, bo usunięcie masywnych drzew trwa długo i nie jest łatwe. Na skutek nawałnic życie straciło sześć osób. Poszkodowanych i rannych było ponad 60, w tym 23 strażaków PSP i OSP. Na szczęście nie ma zagrożenia dla ich życia i zdrowia.


Stanowiska kierowania w takich sytuacjach przeżywają oblężenie zgłoszeniami. Od dawna podnoszona jest potrzeba ich wzmacniania etatowego. Czy potrzebują reorganizacji?
Po takich zdarzeniach oczywiście zadajemy sobie pytanie, czy jedna osoba na dyżurze jest wystarczająca. Mamy taką liczbę etatów, jaką mamy. Jeśli zapewnimy dyżurnemu na stanowisku kierowania pomoc strażaka z podziału bojowego, tracimy automatycznie osobę, która mogłaby wyjechać do zdarzenia. Pamiętajmy, że takie zdarzenia rzadko mają miejsce i jeśli jest potrzeba, można skierować  do pomocy strażaka z dyżuru domowego. W sierpniu nie mieliśmy problemów z obsadą stanowisk, raczej z niewydolnością linii telefonicznej, nieprecyzyjnymi zgłoszeniami – należałoby popracować nad uświadamianiem społeczeństwa, jak powinno się informować o zdarzeniu. Zgłoszenie o obozie w Suszku odbieraliśmy przez dwie minuty, po czym okazało się, że informacje, które przekazał nam CPR, były błędne, jeśli chodzi o lokalizację. Straciliśmy czas na dotarcie do poszkodowanych. Spotkały nas też nieoczekiwane problemy – w Komendzie Powiatowej PSP w Chojnicach na skutek wyładowań atmosferycznych zostały uszkodzone linie energetyczne. Nie było prądu, a w dodatku uszkodzeniu uległy urządzenia podtrzymujące zasilanie awaryjne. Usuwanie awarii trwało w sumie dwie godziny. Wspomagaliśmy się łącznością z CPR-ami za pomocą telefonii komórkowej i patrolu Policji, który przekazywał nam zgłoszenia odbierane w komendzie Policji. Nasi dyżurni zdali egzamin. Na marginesie, warto dążyć do tego, aby w stanowiskach kierowania zasiadali doświadczeni strażacy, z kilkunastoletnim stażem w podziale bojowym. Takie osoby mogą być dużym wsparciem dla kierującego działaniami ratowniczymi – znają obiekty, topografię terenu. Warto też popracować nad kształtowaniem wśród strażaków poczucia pewnej powinności – jeśli w kraju mamy nasilenie zdarzeń, powinni zgłaszać się do pomocy, nawet jeśli mają czas wolny po slużbie.. Tak robili lekarze na Śląsku po zawaleniu się hali w Chorzowie. 


Przy nasileniu zdarzeń potrzeba większych zasobów ratowniczych. Tymczasem w PSP mamy niedostatki kadrowe, które szczególnie widać w takich sytuacjach. Jakie wnioski w tej kwestii?
Opieramy się na krajowym systemie ratowniczo-gaśniczym, nie tylko na jednostkach PSP. Do zdarzeń dysponujemy strażaków OSP, a w razie potrzeby słuchaczy szkół PSP. Dajemy radę. Przypomnę, że system służby uległ zmianie w 2005 r. To zrodziło wiele trudności, z którymi borykamy się do dziś. Kiedyś zmiany służbowe były stałe, dziś mamy dużą rotację, co nie sprzyja integracji zespołu. Możliwe, że w przyszłym roku nasza służba zostanie znacząco wzmocniona etatowo. Za wcześnie jednak mówić o konkretach.


Do działań były dysponowane siły centralnego odwodu operacyjnego. Czy widzi pan tu konieczność zmian, czy wypracowane standardy są zadowalające?
W skład centralnego odwodu operacyjnego wchodzą m.in. słuchacze szkół pożarniczych. Każdej doby w każdej z nich mamy tam do dyspozycji 40 ludzi. Po ostatnich zdarzeniach nasuwa się wniosek, że to zbyt mało. Analizujemy, jakie są możliwości, ale chcielibyśmy, aby przynajmniej w okresie wakacyjnym COO został wzmocniony przez 10-20 osób z każdej ze szkół, zaś w ciągu roku szkolnego stosownie do wielkości szkoły. Podchorążowie, kadeci i elewowie mieli duży wpływ na skuteczność pomocy w czasie sierpniowych nawałnic. Chciałbym im za to podziękować. Będę dążył do tego, aby w przyszłości za taką pracę, a także za gotowość wyjazdu do akcji w ramach COO otrzymywali gratyfikację finansową. Dzisiaj z punktu widzenia prawa to niemożliwe.


Duże zdarzenia kończą się często dużymi zakupami sprzętu. Czy teraz będzie podobnie?
Z roku na rok mamy coraz lepszy i nowocześniejszy sprzęt, również dzięki zaangażowaniu kolejnych komendantów. Nie jesteśmy w stanie mieć każdego, jaki mógłby się przydać podczas tego typu zdarzeń. Nie sztuka bowiem kupować sprzęt, trzeba jeszcze go utrzymać i umieć dobrze obsługiwać, a to wymaga ćwiczeń. Pojawiają się pomysły, żeby w kraju powstała formacja ze sprzętem ciężkim, np. koparkami, spychaczami, która mogłaby być wykorzystywana w takich zdarzeniach. Nie widzę uzasadnienia dla takich propozycji. Katastrofy budowlane w Świebodzicach i Lublinie pokazały, że możemy liczyć na pomoc prywatnych firm, które mają doświadczenie w operowaniu takimi urządzeniami. Lepiej usprawnić KSRG, zapewnić w jego ramach realne wsparcie prywatnych podmiotów w specjalistycznych działaniach ratowniczych. Nie będzie więc dużych inwestycji w sprzęt, lecz udoskonalenia organizacyjne. Z jednym wyjątkiem. Ponad jedna trzecia naszego kraju to lasy, musimy przygotować się do zdarzeń na tych terenach. Chcemy stworzyć mobilne stanowisko ćwiczebne do cięcia drzewa, oddające realne warunki. Ponadto samochody ratownictwa technicznego z żurawiem hydraulicznym zakupione w ramach ustawy modernizacyjnej i ze środków unijnych zostaną wyposażone w uchwyty do podnoszenia dużych bali drzewa, co zapewni ich szybsze działanie podczas udrożniania dróg. Ten kataklizm pokazał, że powinniśmy takim sprzętem dysponować.


Usuwanie skutków wichur i nawałnic wymusza sprawną i skuteczną współpracę na linii różnych służb i podmiotów – tutaj zwłaszcza administracji samorządowej, służby leśnej, pogotowia energetycznego, wojska.
Nie chciałbym wypowiadać się na temat mobilności różnych służb, podmiotów i firm, które zobligowały się do działań w sytuacjach tego wymagających. Dość powiedzieć, że my działamy od razu i w większości przypadków wspomagamy inne służby. Po raz kolejny okazało się, że najbardziej mobilną służbą jest Państwowa Straż Pożarna i ochotnicze straże pożarne. Zazwyczaj jako pierwsi udrożnialiśmy drogi, choć mają one swoich właścicieli, odpowiedzialnych za ich przejezdność. Pojawił się problem z brakiem energii elektrycznej – 12 sierpnia około pół miliona gospodarstw domowych było pozbawionych prądu. Firmy energetyczne przystąpiły do pracy, ale żeby dotrzeć do transformatorów, słupów trzeba było udrożnić drogi. To pokazuje, że wykonujemy i czynności ratownicze, i wspomagamy innych w wykonywaniu ich obowiązków. Jeśli trzeba było dowieźć żywność i wodę ludności, to również zajmowali się tym strażacy.


Pojawiły się spory kompetencyjne?
Nie można mówić o sporach kompetencyjnych, a raczej o wydolności różnych służb. Podkreślmy, że w takich przypadkach pomoc poszkodowanym jest wielowymiarowa, dotyka więc aspektów zarządzania kryzysowego. Jest gotowy projekt ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. Ustawa doprecyzuje zadania samorządów, umożliwi współpracę i wspomaganie sąsiednich powiatów. Tak, żeby system zarządzania kryzysowego i ochrony ludności był sprawniejszy. Nie mówimy o sporach kompetencyjnych, kiedy ludzie czekają na pomoc i wsparcie. Naszym zadaniem jest przede wszystkim ratowanie, ale czy można odmówić innej pomocy, jeśli jest potrzebna?


Jakie wnioski logistyczne nasuwają się panu po sierpniowych akcjach?
Wiążą się one w dużej mierze z zarządzaniem kryzysowym. Ludzie tracą dach nad głową, potrzebują rzeczy codziennego użytku. A to strażacy zazwyczaj dowożą im potrzebne przedmioty, przewożą poszkodowanych w bezpieczne schronienie. Jesteśmy więc w pewnym stopniu wykonawcą zarządzania kryzysowego i powinniśmy wiedzieć, gdzie można przewieźć poszkodowanych, skąd przywieźć im potrzebne rzeczy, by skrócić czas pomocy. System zarządzania kryzysowego wymaga udoskonalenia, tak samo jak system ostrzegania i alarmowania ludności.


Zapowiada pan jego zmiany.
System ostrzegania i alarmowania ludności ma być oparty m.in. na telefonii komórkowej. Każdy, kto znajdzie się w zasięgu nadajnika, będzie otrzymywał ostrzeżenie oraz instrukcje, jak postępować w sytuacji zagrożenia – również w formie graficznej. Informacje te trafią do użytkowników telefonów i smartfonów, nawet bez dodatkowej aplikacji. Będą się także pojawiały na paskach w telewizji oraz w radiach cyfrowych, np. w samochodach. Taki system został opracowany kilka lat temu w Holandii i jest zalecany jest przez Unię Europejską. W dalszym ciągu będą działały syreny alarmowe. Nie ma więc mowy o rewolucji, a jedynie o unowocześnieniu i udoskonaleniu obecnych rozwiązań. Istotne, żeby komunikaty były wiarygodne, bo inaczej ludzie się na nie znieczulą i nie będą brali ich pod uwagę. Ważne jest też uświadomienie społeczeństwu, że nie wolno lekceważyć ostrzeżeń. Tym zmianom powinny więc towarzyszyć działania z zakresu prewencji społecznej.

W szkołach PSP są zlokalizowane bazy magazynowe. Jak pan ocenia ich funkcjonowanie po sierpniowych zdarzeniach?

Znów nawiążę do ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. Przewiduje ona stworzenie centralnego magazynu sprzętu opartego na PSP, w trzech lokalizacjach: w okolicach Warszawy, Krakowa i Bydgoszczy. Prowadziłyby je strażackie szkoły. Będą to więc bazy przy PSP, która w dużej mierze zajmuje się ochroną ludności. To dogodne rozwiązanie także ze względu na fakt, że w szkołach zawsze mamy znaczną grupę ludzi, która w razie konieczności pomoże przy załadowaniu sprzętu. Istniałyby również mniejsze magazyny – sieć w kraju na bazie JRG, które często są dużymi obiektami. Ustawa pozwoli również na to,  żeby gminy przekazywały sobie nawzajem potrzebny sprzęt, którym dysponują.

Tragedia pokazała ogromną mobilizację społeczeństwa, zrywy wolontariuszy. Jak wykorzystać ten potencjał?

Uczestniczyłem w różnych akcjach ratowniczo-gaśniczych, widziałem pomoc ludzi, ale nigdy dotąd nie spotkałem się z takim zaangażowaniem. Widzę ogromny potencjał w naszym społeczeństwie. Niektóre dane mówią nawet, że było około półtora tysiąca wolontariuszy pomagających w usuwaniu skutków wichur, m.in. znakomicie zorganizowanych harcerzy. Przyjechali z własnej inicjatywy, ze swoim sprzętem, tworzyli kilkudziesięcioosobowe grupy deklarujące konkretną pomoc. To pokazuje, że podczas tego typu akcji trzeba pomyśleć również o zarządzaniu takimi grupami ludzi, aby na terenie działań nie zrobili sobie krzywdy. A wolontariusze chętnie poddają się poleceniom strażaków. Zdarzali się też darczyńcy, na przykład człowiek, który podarował strażakom nową piłę motorową, ktoś inny zapłacił za paliwo do sprzętu OSP. Koła gospodyń wiejskich, żony druhów OSP gotowały strażakom posiłki. Bardzo im za to dziękuję. Jestem pełen podziwu dla takich postaw, dla ludzi, którzy podarowali swój czas, swoją pracę i swoje serce potrzebującym.

Rozmawiała Anna Łańduch
fot. Marcin Klecz

wrzesień 2017