Żniwa bez ognia

Kategoria: Rozpoznawanie zagrożeń

Jeszcze pokolenie temu omłoty były kwestią nomen omen palącą. Już nie są, gdyż rolnictwo zbożowe w postaci tradycyjnej odeszło w niebyt przez rozwój techniki i limity unijne. Pozostały tylko pożary stert, a wśród nich nowość statystyczna: sianokiszonka.

 Cofnijmy się w przeszłość i odtwórzmy zamierzchłe rytuały rolnicze, obejmujące czynności od zżęcia trawy do składowania jej jako siana oraz od żniw do uzyskania czystego ziarna.

Pierwsze były sianokosy. Ich czas był wyznaczany możliwością wejścia na pole i wysuszenia siana. Sieczenie trawy, gdy woda była po kostki, nie miało sensu. Skoszoną trawę rozrzucano na ziemi grabiami lub widełkami, potem kilka razy przewracano. Już podsuszoną, gdy miało się na deszcz, zestawiano w kopki, żeby nie zamokła – inaczej deszcz przybijał ją do ziemi i zaczynała pleśnieć. Po rozrzuceniu i wysuszeniu znów zestawiano ją w kopki, wreszcie zwożono na stogi lub pod brogi, czyli stogi z dachem. Cała sztuka polegała na tym, by siano dosuszyć ze stanu zieloności, gdyż inaczej miało skłonność do samonagrzewania się i samozapalenia.

Drugie w kolejności były żniwa. Zaczynały się z końcem czerwca, a ich rozkwit przypadał na pierwszą połowę lipca. Wszystko działo się zgodnie z przysłowiem: Piotra, Pawła, Wita – usycha korzeń żyta. Należało się sprężać z pracami polowymi, bo gdy zboże w kłosach za bardzo dojrzało, kośba i kolejne czynności mogły wytrząść na ziemię znaczną część ziarna. Koszono: kosami, kosiarkami, żniwiarkami, snopowiązałkami i gdzieniegdzie – kombajnami.  

Skoszone zboże wiązano w snopki, a jak uciążliwa była to praca, świadczą ustawiczne problemy z zaspokojeniem wiejskiego głodu sznurka do snopowiązałek, zwłaszcza w regionach przodujących technicznie. Bo maszyny były dostępne, choć zwykle się na nie czekało. Ale bez sznurka pełniły rolę żniwiarek: ściąć i zostawić porcję słomy z ziarnem, niech sobie wiążą. Nawiasem mówiąc, to był najwyższy szczyt niewydolności socjalizmu, a zarazem tegoż systemu symbol: zapewnianie, że sznurka nie zabraknie, bo produkcja idzie pełną parą, przy oczywistym niedostarczaniu najbardziej potrzebującym. Generalnie sznurka w czasie żniw nie było, a jak był, to się rwał. Ale lepszy był nawet rwący się niż żaden, bo chodziło o to, by uniknąć wiązania tysięcy powróseł.

Czy sznurek był, czy nie, tradycyjnie zestawiano zboże w kopki, żeby bezpiecznie doschło i – jak to się mówiło – „nie zarosiało”, czyli nie nawilgło w kłosach od deszczu. Bo gdy tak się stało, był problem – zaczynało rosnąć w kłosach.

Potem następowała zwózka zboża z pól do stodół lub na sterty – a prawidłowe ułożenie sterty stanowiło niemal dziedzinę sztuki.

Wszystko to było bardzo malownicze. Ludne wsie, zajęte koszeniem, wiązaniem, zestawianiem, zwózką. Terkot kosiarek, żółte łapy żniwiarek, rzędy kopek, mających nawet regionalne kształty, widły do snopków, przewrócona fura pośród ogólnej radości i smak jabłek – papierówek.

Potem przychodziła młocka – bywało, że rozciągnięta w czasie na jesień i zimę. Już nie mówmy o cepach ręcznych i kieratach napędzanych końmi, te wyszły z użytku tuż po wojnie. Wyparły je znacznie wydajniejsze, wyjące maszyny, czyli młockarnie, co oznaczało same problemy pożarowe, bo do ich napędu stosowano silniki i pasy transmisyjne. Zwykle młockarnia stała w stodole, gdzie z sąsieków zrzucano na nią snopki. Na podwórku stała maszyna napędzająca: parowa (tak!), spalinowa lub elektryczna. Czasami był to traktor z zamontowanym kołem napędowym do pasa transmisyjnego. Do tego słoma, plewy, kurz, iskry, nagrzane powierzchnie – młocka była pożarowo groźna, więc jej organizację regulowano przepisami. Regulacje te obowiązują do dziś, jako przepis martwy, bo nie ma już młockarni, a motorów do nich nie uświadczy się nawet w muzeach. Ale pokolenie, dwa temu można było napotkać okazy produkcji jeszcze z czasów zaborów, np. jednotłokowe.

Młockarnia wypluwała z siebie słomę, którą odbierano w wielkie powrósła i wiązano w pokaźne snopki. Snopki te zestawiano w sterty, zwykle za stodołą. Oczywiście było też ziarno, od razu odsiane od nasion chwastów – wyłapywano je w worki. Praca przy młocce wymagała zaangażowania co najmniej czerech osób: jedna podawała snopki na maszynę, druga rozcinała powrósła lub sznurki i wpuszczała zboże w maszynę, trzecia odbierała słomę, czwarta pilnowała worków z ziarnem i jeśli nie było motorniczego (już piątej osoby), zajmowała się prawidłowym działaniem napędu. Wszędzie groziło realne niebezpieczeństwo urwania ręki lub nadziania kogoś na widły.

Ten sposób działania, a właściwie rytuał, powodował istotne zwiększenie zagrożenia pożarowego wsi na kilka sposobów. Opisane wyżej manipulacje z użyciem maszyn mogły się skończyć pożarami w wyniku tarcia, zaprószenia ognia przez maszynę lub któregoś z palących tytoń robotników – przecież cała męska populacja paliła.

Wprowadzono elektryfikację wsi w celu jej oświetlenia, ale nie przewidując używania maszyn elektrycznych, więc przeciążenia nie były rzadkością, a stan techniczny przewodów, również mobilnych, bywał fatalny. Stawiano sterty niemal przylegające do zabudowy, która już sama z siebie rzadko spełniała elementarne wymagania przepisów przeciwpożarowych. W efekcie nawet bez udziału człowieka nieszczęście mogło być całkowite – jeden piorun palił całą wieś z przyległościami, a sterty słomy, siana czy niewymłóconego zboża przyczyniały się do tego w trójnasób, jako niemożliwe do ugaszenia źródła ogni lotnych.

To, za wyjątkiem gdzieniegdzie siana, przeszłość. Nastąpił rozwój techniki. Część zagrożeń dzięki temu odeszła w niebyt wraz z pradawną agrokulturą. Ale z nowymi technikami przyszły nowe niebezpieczeństwa.

 

Nowości pod każdym względem

Czy nie było kiedyś kombajnów? Ależ były! Należały do SKR-ów (spółdzielni kółek rolniczych). Zapisywano się na nie, używano znajomości i wpływów, podkupywano operatorów, którzy, bywało, pod wpływem zmęczenia i środków dopingujących do wydajniejszej pracy skosili i wymłócili nie to, co trzeba, np. dwa hektary ziemniaków czy jakiś młody sad, co zresztą przeszło do tekstu kilku zgrabnych, popularnych piosenek. Na wielkich polach kombajny kosiły dzień i noc, na małych zresztą też, z ryzykiem uszkodzenia sprzętu, przy czym pan kombajnista bez papierosa był zjawiskiem równie rzadkim, jak biały kruk.

Czemu ich tak pożądano?

Bo tradycja tradycją, ale kombajn skracał cały kilkutygodniowy proces żniwno-omłotowy do jednorazowej kilkugodzinnej czynności. A potem wystarczyło podstawić wóz i wysypywał ziarno, które należało tylko dosuszyć (w tym czasie odpełzały z niego robaki). Co ważne, zboże mogło czekać dłużej na pniu na kombajn niż na kośby z koniecznością wiązania snopków – kombajn też wytrząsał część ziarna w momencie koszenia, ale już nie na ziemię, tylko do własnych czeluści.

Kombajny z dawnych lat same w sobie niosły problem palności, jako integralną część. Używane z bezlitosną intensywnością, bez czyszczenia, smarowania i konserwacji Vistule i Bizony płonęły w najgorętszym czasie żniw, więc pod przymusem przepisów wyposażano je w gaśnice. Bywało, że strażacy ganiali za kombajnami po polach, żeby sprawdzić, czy gaśnice są i czy ich stan techniczny daje możliwość skutecznego użycia. Zdarzały się przypadki prób ucieczki: kombajnem!

Z czasem weszły do użytku lepsze modele maszyn, obsługiwane z większą kulturą techniczną. Jak to pojazdy, muszą mieć duże gaśnice, pożary ich zdarzają się, jednak nie są plagą.

Ale zagrożenie pożarowe związane z omłotami z uwagi na upowszechnienie łatwych do kombajnowania monokultur również w średnich gospodarstwach rolnych ustało. Sieje się zboże, przyjeżdża kombajn – i to wszystko. Zostaje jednak zagrożenie pożniwne, w postaci stert.

Początkowo maszyny do belowania słomy pokombajnowej zbijały ją w kostki wiązane sznurkiem (po upadku socjalizmu problemy ze sznurkiem ustały jak ręką odjął), o wymiarach sposobnych do ręcznej obsługi. To odeszło w niebyt i obecnie słomę roluje się w wielkie i ciężkie walce (baloty), do których zwózki trzeba używać wózków widłowych.

Baloty zwozi się jak najbliżej domostw i… Właśnie, tu tkwi problem. Bo za blisko nie można, gdyż nadal są niczym innym, jak słomą. Przepisy dotyczące stert dotyczą ich jak najbardziej zasadnie.

Większa rewolucja dotknęła siana.

Co prawda postępuje się z nim również w sposób tradycyjny, tylko proces przewracania i grabienia się zmechanizował, ale… Siano dotknęło belowanie w taki sam sposób, jak słomę. I składowania siana dotyczą identyczne przepisy przeciwpożarowe, co stert słomy. To jednak nie wszystko. Pojawił się nowy produkt pochodzenia trawiastego, mianowicie sianokiszonka.

Kiszonki jako takie to w rolnictwie nic nowego. Swego czasu namawiano rolników do kopania dołów, betonowania ich i robienia kiszonek z zieleniny. Jak człowiek zjada kiszone ogórki, tak krowy mogą jeść kiszone coś. Kiszonki stały się fetyszem, podobnie jak dla Łysenki w Rosji hartowanie zboża poprzez wysiewanie go w śnieg. Z myślą o ich produkcji w wielkiej skali sprowadzono zza wschodniej granicy roślinę wyjątkowo szybko rosnącą, odporną i plenną, mianowicie barszcz Sosnowskiego. Czyste draństwo, które parzy tak mocno, że nawet oddychanie w jego pobliżu jest niebezpieczne. I krowy jakoś w tym nie gustują, a jak już jedzą, to dobrego mleka nie dają…

Kiszonki nie przyjęły się rolnictwie indywidualnym. Co innego w PGR-ach (państwowych gospodarstwach rolnych). Całkiem niedawnymi czasy obmyślono sposób na połączenie siana i kiszonki w jednym, co z roku na rok zyskuje coraz większą popularność. Mianowicie gdy skoszoną trawę się zroluje i owinie folią, to ona sobie w środku kiśnie. Oczywiście każdemu co nieco obeznanemu z pożarami stogów siana musi w tym miejscu zapalić się głowie czerwona lampka: a co z samonagrzewaniem?

Problem ten, może nie we wszystkich przypadkach, ale w większości, sprytnie rozwiązuje się sam. W uproszczeniu wygląda to tak. Przy zwyczajnym suszeniu trawy woda odparowuje. Gdy jednak jej część pozostanie, wystarcza do uruchomienia procesów gnilnych z samonagrzewaniem, natomiast przez wcześniejsze odparowanie jest jej za mało dla odebrania ciepła. Dlatego proces samonagrzewania napędza się aż do zapalenia. Przez brak odprowadzania wody z balotu, co uniemożliwia folia, jego zawartość pozostaje w stanie stale wilgotnym na tyle, by na procesy gnilno-fermentacyjne działać chłodząco. Ale… czasami sianokiszonka się pali. Czyżby sama z siebie?...

Z palnością sianokiszonki był problem. Skoro nie była sianem, to uznawano, że przepisy dotyczące stogów nie odnoszą się do niej. Okazało się, że należy ją traktować jako materiał palny, bo woda z niej ciągle odparowuje, aż do wysuszenia. Zatem czy słoma, czy siano, czy sianokiszonka – wszystko jest palnym płodem rolnym i jako taki podlega przepisom dotyczącym stert i stogów.

 

Przepisy [1]

W przepisach istnieje odrębny rozdział, nazwany bardzo wymownie: Zabezpieczenie przeciwpożarowe zbioru, transportu i składowania palnych płodów rolnych. Nie jest długi. W ciągu 60 lat stosowania i poprawiania z jednej strony ukształtował się na sposób zdroworozsądkowy, a z drugiej daje kilka precyzyjnych wskazówek, co robić, a czego nie. Uzupełniają go zlokalizowane w nieco innych miejscach rozporządzenia nakazy wyposażenia w podręczny sprzęt gaśniczy i zakazy garażowania pojazdów silnikowych w miejscach do tego nieprzeznaczonych. W sumie nie wymyślono niczego na wyrost, wszelkie nakazy i zakazy wynikają z praktyki, a przy tym zrobiono naprawdę wiele, by łatwo było je zastosować.

 

Wymagania ogólne

Podczas zbioru, transportu i składowania płodów rolnych należy:

            1)         stosować wskazania podane w instrukcjach obsługi przy eksploatacji maszyn rolniczych i innych z napędem,

            2)         stosować silniki elektryczne o odpowiednim do warunków pracy stopniu ochrony; minimalna odległość układu napędowego od stert, stogów i budynków o konstrukcji palnej powinna wynosić 5 m,

            3)         ustawiać silniki spalinowe na podłożu niepalnym, w odległości co najmniej 10 m od stert, stogów lub budynków o konstrukcji palnej,

            4)         zabezpieczać urządzenia wydechowe silników spalinowych przed wylotem iskier,

            5)         zapewnić możliwość ewakuacji ludzi i sprzętu,

            6)         przechowywać niezbędne materiały pędne, w ilości nieprzekraczającej dobowego zapotrzebowania, w zamkniętych nietłukących się naczyniach, w odległości co najmniej 10 m od punktu omłotowego i miejsc występowania palnych płodów rolnych,

            7)         wyposażyć miejsca omłotów, stertowania i kombajnowania w gaśnice oraz w razie potrzeby w sprzęt służący do wykonywania pasów ograniczających rozprzestrzenianie się pożaru.

 

Zauważmy, że jeśli chodzi o ogólne wskazania bezpieczeństwa, przepis podaje zaledwie dwie łatwe do zapamiętania odległości: 5 m i 10 m. Jako zabezpieczenie prac proponuje się użycie prostego sprzętu rolniczego – przecież można objechać miejsce pożaru glebogryzarką, pługiem, a nawet bronami i mieć załatwiony problem rozprzestrzenienia się ognia po ziemi. Przetrzymywanie dużych ilości ropy to proszenie się o bardzo intensywny pożar – jak zabraknie, można donieść więcej.

Dalej są wskazania co do używania tytoniu i otwartego ognia. I znów mamy łatwe do zapamiętania odległości, tudzież zakazy: do bezwzględnego przestrzegania.

Palenie tytoniu przy obsłudze sprzętu, maszyn i pojazdów podczas zbiorów palnych płodów rolnych oraz ich transportu jest zabronione.

Używanie otwartego ognia i palenie tytoniu w odległości mniejszej niż 10 m od miejsca omłotów i miejsc występowania palnych płodów rolnych jest zabronione.

 

Podręczny sprzęt gaśniczy [2]

Miejsce omłotów powinno być przygotowane do gaszenia ewentualnego pożaru. Zatem musi być wyposażone w gaśnice. Zgodnie z przepisami na każde 100 m2 powierzchni powinno przypadać 2 kg lub 3 dm3 środka gaśniczego. Jeśli więc powierzchnia omłotów (sterty oraz miejsce zajmowane przez maszyny) zajmuje 300 m2 (10 m x 30 m), to trzeba mieć gaśnicę o pojemności co najmniej 6 kg proszku ABC lub 9 l roztworu gaśniczego w gaśnicy płynowej (pianowej). 

Ponadto należy (…) zapewnić pojemnik z wodą o objętości co najmniej 200 dm3, przygotowany do wykorzystania w celach gaśniczych z użyciem wiadra lub w inny równorzędny sposób.

 

Wielkości stert, stogów i brogów

Przepisy wielkościowo-odległościowe to kompromis między potencjalnymi stratami a wygodą. Nie warto dla niej poświęcać bezpieczeństwa – nasi przodkowie przekonali się o tym w tysięcznych pożarach, niszczących wszystko, czego się dorobili. Z tych powodów ułożyli srogie przepisy, na potrzeby naszych czasów złagodzone do poniższej postaci.

Strefa pożarowa sterty, stogu lub brogu z palnymi produktami roślinnymi nie przekracza powierzchni 1000 m2 lub kubatury 5000 m3.

Przy ustawianiu stert, stogów i brogów należy zachować co najmniej następujące odległości:

            1)         od budynków wykonanych z materiałów:

                        a)         palnych – 30 m,

                        b)         niepalnych i o pokryciu co najmniej trudno zapalnym – 20 m,

            2)         od dróg publicznych i torów kolejowych – 30 m,

            3)         od dróg wewnętrznych i od granicy działki – 10 m;

            4)         od urządzeń i przewodów linii elektrycznych wysokiego napięcia – 30 m,

            5)         od lasów i terenów zalesionych – 100 m;

            6)         między stertami, stogami i brogami stanowiącymi odrębne strefy pożarowe – 30 m.

O ile jeszcze jako tako (zwłaszcza pod groźbą mandatu) pamięta się o odległościach, to już całkowicie pomija się to:

 

Wokół stert, stogów i brogów należy wykonać i utrzymać powierzchnię o szerokości co najmniej 2 m w odległości 3 m od ich obrysu pozbawioną materiałów palnych.

 

Jest też przepis dotyczący właściwości siana. Brzmi ogólnie, ale najprościej było go stosować, wkładając rękę w stóg aż po pachę. Jeśli czuć było ciepło, to stóg nadawał się do natychmiastowej rozbiórki. Ale ciepło bywa złudne. Więc chwytano garść siana i je skręcano. Jeśli się nie rozkręcało, to znaczyło, że jest niedosuszone, co demonstrował wąsaty obywatel strażak w czasie filmów instruktażowych dla rolników.

Produkty roślinne należy składować w sposób uniemożliwiający ich samozapalenie. W przypadku konieczności składowania produktów niedosuszonych należy okresowo sprawdzać ich temperaturę.

 

Stałym elementem gospodarki wiejskiej było wypalanie ściernisk i różnych nieużytków. Problem ten nie istniał, gdy ziemia była eksploatowana rolniczo w sposób intensywny. Bywało przecież, że ledwie zwieziono zboża, a już wypasano krowy w świeżo urosłej zieleninie. Niestety, dostęp do zapałek dla młodzieży kończył się fatalnie. Powstały zakaz, obowiązujący do dziś, brzmi:

 

Wypalanie słomy i pozostałości roślinnych na polach jest zabronione.

 

Garażowanie pojazdów silnikowych [3]

W warunkach wiejskich zawsze brak miejsca na wszystko, co się posiada. W związku z tym różne pojazdy silnikowe często są przechowywane (garażowane) w miejscach przypadkowych, aby tylko zadaszonych, często ze skutkami tragicznymi. Przepisy w tym zakresie są jednoznaczne. Zabronione jest (…) garażowanie pojazdów silnikowych w obiektach i pomieszczeniach nieprzeznaczonych do tego celu, jeżeli nie opróżniono zbiornika paliwa pojazdu i nie odłączono na stałe zasilania akumulatorowego pojazdu.

Nie wystarczy przy tym nazwać szopy lub stodoły garażem. Obiekt lub pomieszczenie przeznaczone do garażowania pojazdów silnikowych to garaże w rozumieniu przepisów techniczno-budowlanych i wymagań w nich zawartych.

Jeśli jednak zbiornik pojazdu opróżni się z paliwa, a akumulator odłączy (a najlepiej dla akumulatora – wyjmie i zaniesie do ogrzewanego pomieszczenia), można taki pojazd trzymać w dowolnym miejscu.

 

st. bryg. Paweł Rochala jest doradcą komendanta głównego PSP

 

 

Przypisy

[1] O ile w treści podrozdziału nie zaznaczono inaczej, zgodnie z §§ 41-43 rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji z dnia 7 czerwca 2010 r. w sprawie ochrony przeciwpożarowej budynków, innych obiektów budowlanych i terenów (DzU nr 109, poz. 719 ze zm.)

[2] § 32 rozporządzenia jw.

[3] § 4 ust. 1 pkt 3 rozporządzenia jw.