Samo szczęście nie wystarcza

Kategoria: Ratownictwo i ochrona ludności

Akcja po zawaleniu się hali pokazała, jak dalece skuteczność działań może zależeć od wzajemnej pomocy służb i podmiotów. Zadziałał tutaj łańcuch życia. Tworzy go kilka ogniw, które koniecznie muszą się ze sobą łączyć – mówi nadbryg. w st. sp. Janusz Skulich, kierujący działaniami ratowniczymi podczas katastrofy (dowodzenie strategiczne), późniejszy zastępca komendanta głównego PSP i szef Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

W jakiej sytuacji zastała pana informacja o katastrofie?

To był 28 stycznia, sobota. Byłem na zebraniu Ochotniczej Straży Pożarnej w Jaworznie. Dostałem wiadomość, że zawaliła się hala wystawiennicza w Chorzowie – ale w trybie przypuszczającym. I że może tam być tysiąc osób. 

Informacja brzmiała wiarygodnie?

Tak. Nie dowierzałem tylko co do skali zdarzenia. Ze względu na niespotykane opady śniegu nastąpiła wtedy fala zawaleń obiektów w Niemczech, Czechach, na terenie Polski również. Co prawda w Polsce dotyczyło to mniejszych budynków, ale zawaleń od obciążenia śniegiem i lodem nie brakowało. Wiedzieliśmy o tym i sporo robiliśmy, żeby takich zdarzeń uniknąć. Wydawaliśmy komunikaty i ostrzeżenia.

Jedno jest pewne – najwięcej ludzi ocalił wówczas Adam Małysz, który o godz. 17 miał skakać na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Wielu widzom wydało się to ciekawsze niż oglądanie ptactwa, więc opuścili teren hali jeszcze przed katastrofą. Zatem w momencie zawalenia było w niej nie ponad tysiąc osób, jak można było się spodziewać, tylko kilkaset. I to jedyne szczęście w tym nieszczęściu, bo impreza była bardzo duża, przyciągnęła mnóstwo wystawców z różnych krajów. Zatem gdyby nie Adam Małysz, informacja potwierdziłaby się nawet co do liczby potencjalnych ofiar. A sam obiekt znałem, nie musiałem go sobie wyobrażać.

Jak szybko dotarł pan na miejsce zdarzenia?

Szybko. Od razu zabrałem się do KW PSP, żeby się przebrać. Zajęło mi to w sumie naprawdę niewiele czasu – około godz. 18 byłem na miejscu zdarzenia. W drodze rozmawiałem z komendantem głównym Kazimierzem Krzowskim, który akurat był w podróży z Warszawy do Krakowa. Zaproponowałem mu zadysponowanie na miejsce zdarzenia grup poszukiwawczo-ratowniczych. One były wtedy zorganizowane inaczej niż obecnie. Miałem na myśli Nowy Sącz. KCKR zadysponował również grupę z Łodzi.

Jak wyglądała sytuacja na miejscu?

Na pierwszy rzut oka z zewnątrz nie wyglądało to groźnie. Ściany stały. Dopiero bliżej było widać leżący dach i szamotaninę, zwłaszcza zszokowanych ludzi, z którymi trzeba było walczyć. Szybko ustaliłem z Januszem Ciesielskim, który już tam działał, co będziemy robić. Powiedziałem: „Ty Janusz zajmij się tym, co w środku, a ja zajmę się tym, co na zewnątrz. Będę ci podsyłał zespoły, a ty je zagospodarujesz”. Takie przedsięwzięcia nie były nam obce, nie raz tak współpracowaliśmy, więc więcej nie musieliśmy sobie nic tłumaczyć.

Mieliśmy też świadomość, że wielu ludzi jest uwięzionych, a skala zdarzenia była potrzebna chociażby do przedstawienia problemu w jakiś miarodajny sposób. Szacowaliśmy, że nie są to tysiące ludzi. Ustaliliśmy, że akcję medyczną będziemy przygotowywali na jakieś 150 osób. Nie pomyliliśmy się zbyt wiele. Ostatecznie mieliśmy około 140 rannych. Trzeba było wołać do pomocy wszystkie możliwe siły. Tym się zająłem.

Oczywiście nie chodziło tylko o siły straży pożarnych…

Potrzeba było sił porządkowych i – zwłaszcza – pomocy medycznej. Jak najwięcej i jak najszybciej. I tu chciałbym odbiec na chwilę od przebiegu akcji do przedsięwzięcia, które – jak się okazało – bardzo nam pomogło w tej sytuacji. Otóż 3 lata wcześniej zbudowaliśmy w naszej komendzie, na wzór Wojewódzkiego Stanowiska Koordynacji Ratownictwa, Wojewódzkie Centrum Koordynacji Ratownictwa Medycznego. Był to lokalny projekt, powołany do życia przy współudziale dyrektora wydziału zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim, finansowany z nakładów wojewody. WCKRM miał nie tylko koordynować działania stacji pogotowia ratunkowego na terenie województwa, ale też dysponować informacjami o stanie szpitali i móc tym stanem w razie potrzeby dysponować.

Hala MTK 4 kopia rgb

A skąd wziął się na to pomysł?

Pomysł powstał po analizie działań przy dwóch katastrofach drogowych. Trudności, jakie wówczas wystąpiły, tak z alarmowaniem jednostek pogotowia, jak i dysponowaniem poszkodowanych z miejsca zdarzenia do szpitali, skłoniły nas do wniosku, że problemy nie wynikały z braku sił, tylko z niewłaściwej koordynacji ich działań, również z naszą służbą. Byłem zwolennikiem, by współpraca między podmiotami ratowniczymi była jak najściślejsza, po prostu fizyczna, w jednym stanowisku. Nie byłem w tym oryginalny – na świecie najwyżej ceni się podmioty zintegrowane, bo są najskuteczniejsze w działaniu. Gdy już udało nam się ten pomysł zrealizować, integrowaliśmy medyków z naszym środowiskiem, również po to, żeby ludzie się poznali i mieli do siebie zaufanie. Udało nam się tego dokonać i zadziałało to bardzo dobrze w czasie działań ratowniczych po katastrofie w Chorzowie.

Na miejscu akcji znalazł się też właściwy człowiek, który wziął na siebie całą koordynację działań medycznych, doktor Andrzej Jurkiewicz. Nie mieliśmy żadnych problemów z porozumieniem. Ten człowiek był protoplastą koordynatorów medycznych. Mieliśmy ten komfort, że karetki czekały na miejscu zdarzenia na poszkodowanych. Zatem zgodnie z definicjami mimo ogromnej skali było to zdarzenie mnogie, ale nie masowe, bo wystarczyło sił i środków do zaopatrzenia wszystkich rannych. Mało tego – ratownicy medyczni opatrywali rannych jeszcze przez ich wydobyciem, oczywiście na ile było to możliwe.

A oprócz ratowników medycznych jakie jeszcze siły były potrzebne?

Przede wszystkim porządkowe. Ale nie mogę nie wspomnieć nieocenionej pomocy ratowników górniczych, GOPR, PCK i wielu innych. Zabezpieczenie terenu zdarzenia nie było prostą sprawą. Wrzawa, chaos, szarpanie strażaków używających pił tarczowych i narzędzi hydraulicznych – to nie ułatwiało i nie przyspieszało działań ratowniczych. Teren akcji był bardzo rozległy, więc jego obstawienie przez policję, a również żandarmerię wojskową, musiało zająć trochę czasu. Taki kordon przy zdarzeniach masowych jest koniecznością aż do końca akcji.

Z drugiej strony nieocenione usługi oddali nasi kapelani i inni księża, którzy przyszli z pomocą. Ich pomoc psychologiczna pozwalała rozładować napięcie szybciej i skuteczniej od działań siłowych. Przekonałem się wtedy, jak ważna jest posługa kapłańska, a o tym zwykle się nie mówi. W skrócie – oni uspokoili rozjuszony tłum, a potem wyjaśniali, co robią strażacy. Wreszcie przyszło zrozumienie naszych działań.

A co z naszymi siłami?

Potrzeba było dużo sił, a żeby je właściwie zagospodarować, należało zorganizować punkt ich przyjęcia. W pobliżu, ale poza miejscem akcji. Tam należało dać dobrego kierownika – był nim kpt. Arkadiusz Labocha, zastępca dowódcy JRG Chorzów. Konieczne też było zorganizowanie podmian, miejsca dla odpoczynku dla naszych ludzi. Bardzo szybko zużywały się narzędzia. Mój zastępca, st. bryg. Ryszard Popyk, zajął się organizacją zaplecza logistycznego. Działania były różne, czasem nietypowe. Na przykład otwarty został wtedy market budowlany, żebyśmy mogli dostać tarcze do cięcia metalu. Z tego wnoszę, że w modelu zarządzania likwidacją skutków katastrof powinno być zapisane, iż stanowisko szefa logistyki działań należy do człowieka, który może samodzielnie podejmować decyzje finansowe. W tym przypadku tak było. Dzięki temu już około godz. 19 mieliśmy tyle dobrze wyposażonych sił, że można było ustalać bardzo szybkie podmiany w działaniu. Ludzie czekali z niecierpliwością na wejście do akcji. Jednocześnie, dzięki właściwej koordynacji medycznej, na rannych czekały karetki, a świadomi ich obrażeń dyspozytorzy kierowali je do odpowiednich szpitali. To był naprawdę wielki sukces ratownictwa medycznego.

A co jeszcze działo się wokół terenu akcji? Przecież byli tam dziennikarze, politycy, docierali członkowie rodzin i przyjaciele poszkodowanych. Same działania ratownicze i kordon policji i żandarmerii nie mogły wiele na to poradzić, tymczasem sygnały zewnętrzne, które docierały do widzów telewizji, były naprawdę pozytywne.

Było bardzo dużo roboty zewnętrznej, która wcześniej wydawałaby się nieoczywista. Trzeba było znaleźć miejsce dla lżej rannych czy po prostu ludzi będących w szoku. Ci, którzy wyszli z hali o własnych siłach, nie mieli na sobie ubrań wierzchnich, bo w hali było po prostu gorąco – a na zewnątrz panował mróz. Dla nich znaleźliśmy miejsce w pobliskim hotelu. Było też coś, z czym raczej nie mieliśmy do czynienia w dotychczasowej praktyce – bezpośrednie relacje dziennikarskie. Te kwestie wziął na siebie rzecznik prasowy wojewody Krzysztof Mejer (obecnie zastępca prezydenta Rudy Śląskiej). Nadawał ton wszystkim wypowiedziom rzeczników pozostałych służb, co było istotne, żeby dziennikarze nie konfrontowali różnic bez praktycznego znaczenia w formie sensacji. Przecież przedsięwzięcie nie było tylko strażackie, lecz ogólne – wszystkie służby były w nie zaangażowane. Potem powstało centrum informacyjne dla poszkodowanych, które mogło spożytkować informacje ze szpitali o ofiarach i ich stanie – tu znów zasługa WCKRM.

Co do polityków... Przyjechały wówczas na teren akcji najważniejsze osoby w państwie. Muszę powiedzieć, że wszyscy zachowywali się wzorowo: wojewoda, ministrowie, a także prezydent RP Lech Kaczyński. Ani razu nie odciągnięto do ich obsługi dowodzących działaniami, mnie również. O ile pojawiały się jakieś pytania, to głównie w kontekście potrzebnej pomocy. Oczywiście należało poinformować przedstawicieli władzy o istocie zdarzenia i prowadzonych działań. Udzielanie informacji władzy jest kanonem i obowiązkiem służby. Od władzy należy jednak w takich wypadkach wymagać niewtrącania się w przebieg działań. I to założenie było spełnione.

Przy gaszeniu pożaru w pewnym momencie mówi się „sytuacja opanowana”, co oznacza zyskanie przewagi nad zdarzeniem. Czy można to odnieść do tej akcji? W której jej fazie można było użyć takiego sformułowania, oznaczającego zakończenie etapu walki o ludzkie życie? Stanowiłoby istotny sygnał dla służb ratowniczych, by działać z mniejszym narażeniem życia i zdrowia.

Wydobywanie żywych ofiar zakończyliśmy jeszcze pierwszego wieczoru, około godz. 22, ale akcja trwała nadal, jakby istniały szanse na znalezienie kogoś żywego. Od godz. 22 mieliśmy już całkowitą pewność, że pod zawaliskiem nie ma już nikogo żywego. Tym samym zakończyło się największe obciążenie działaniami służb medycznych, choć prace strażaków i innych służb trwały dalej.

Czy po tych wszystkich latach wraca pan do tego zdarzenia?

Tak, często – i to na polu zawodowym. Jestem proszony o wykłady, więc sporządziłem całą prezentację. Nie tylko redakcja PP poprosiła mnie też o wywiad, więcej o tej akcji chciała się dowiedzieć również pewna doktorantka, więc tak się złożyło, że mogłem się do tego specjalnie przygotować.

Skoro mówimy o przygotowaniu naukowym i organizacyjnym, ostatnie pytania nasuwają się same. Co by nam pan doradził w dzisiejszych czasach? Jakie dostrzega pan zmiany na lepsze, a co można by poprawić?

Na pewno wszystkie służby działają obecnie lepiej niż kiedyś. Nie da się ukryć, że wówczas przygotowanie do udzielenia – jak to się dziś mówi – kwalifikowanej pierwszej pomocy było słabsze, a ona sama, inaczej niż dziś, wcale nie stanowiła oczywistego obowiązku strażaków. Podobnie pogotowie ratunkowe. O ile wówczas składy personalne karetek były dosyć przypadkowe, zależne od dyżurów do obsadzenia, o tyle obecnie jeżdżą do zdarzeń profesjonalni ratownicy medyczni, ukierunkowani na udzielanie pomocy w nagłych wypadkach, a przy tym doskonale do tego wyposażeni. Zatem tak strażacy, jak i ratownicy medyczni są w stanie szybciej i skuteczniej niż 15 lat temu zaopatrzyć rannego. Ubolewam natomiast, że obydwa te podmioty ratownicze mimo starań nie zostały zintegrowane na poziomie ośrodków dyspozytorskich, które umożliwiałyby bieżące śledzenie i wspólne rozwiązywanie problemów dwóch głównych dziedzin ratownictwa: ratownictwa technicznego i medycznego. Dlatego nie bez powodu w czasie wykładów mówię też o łańcuchu życia.

Zatem bardzo proszę powiedzieć o nim czytelnikom PP.

Ten łańcuch zadziałał pod zawaloną halą w Chorzowie i pokazuje, jak dalece skuteczność działań może zależeć od wzajemnej pomocy. Tworzy go kilka ogniw, które koniecznie muszą się ze sobą łączyć. Ich zakres obejmuje: jak najszybsze uwalnianie poszkodowanych w strefie zagrożenia, zaopatrywanie rannych jeszcze na miejscu zdarzenia, bez czekania na ich zupełne uwolnienie czy wydobycie, oczekiwanie na rannych karetek pogotowia ratunkowego, z adresami szpitali gotowymi przyjąć ofiary z danym rodzajem obrażeń, bo dany szpital jest przygotowany na przyjęcie konkretnego pacjenta z konkretnymi obrażeniami. Ten łańcuch, którego ciągłość zapewniały wszystkie służby ratownicze i ich ośrodki dyspozytorskie, w tym WCKRM, zadziałał, a miarą jego skuteczności jest fakt, ze w szpitalach zmarły tylko dwie osoby. Nie zależało to zatem od samego szczęścia, ale również od wielu lat przygotowań.

 

rozmawiał Paweł Rochala