Za granicą

Miasto, którego nie ma

Kategoria: Za granicą

Zaledwie 200 km na zachód od Nowego Jorku znajduje się miejsce, „w którym nie przeżyje żaden człowiek, miejsce gorętsze niż planeta Merkury, z atmosferą bardziej trującą niż na Saturnie. W sercu tego miejsca temperatury przekraczają 540oC, a w tunelach pod ziemią kłębią się chmury tlenku węgla i innych zabójczych gazów”.

W ten sposób David DeKok opisuje w swojej książce Unseen Danger pożar, który od ponad 50 lat trawi stare kopalnie węgla pod miastem Centralia w Stanach Zjednoczonych. To wzniesione na złożach węgla w XIX w. miasto w stanie Pensylwania dziś już właściwie nie istnieje. Spowijają je kłęby dymu wydobywające się z ziemi, a w powietrzu czuć zapach spalenizny. Pożar kopalni, który wybuchł w 1962 r. wciąż nie został ugaszony (sic!).

Przed pożarem

Pensylwania jest jednym z głównych dostawców węgla w USA. Szacuje się, że ten jeden stan przez ostatnie 200 lat dostarczył Amerykanom 25% tego surowca. Znajduje się tu największe złoże antracytu – odmiany węgla kamiennego o niezwykle korzystnych właściwościach opałowych (ma najwięcej czystego węgla, dużą kaloryczność, właściwie nie produkuje popiołu i pali się bardzo długo). W okolicy Centralii znajduje się prawdopodobnie największe złoże tego surowca na świecie.  

Początki miasta sięgają czasów kolonialnych, ale jego rzeczywisty rozwój zaczął się w XIX w., gdy powstały tu pierwsze kopalnie. W pobliżu miasta w 1854 r. zbudowano tory kolejowe, które umożliwiły transport wydobytego kruszcu. Zapoczątkowało to intensywny rozkwit regionu. Pod koniec stulecia w mieście działało pięć kopalni, a zamieszkiwało je blisko 3 tys. mieszkańców, zatrudnionych najczęściej w górnictwie. Wielki Kryzys i rosnąca popularność ropy naftowej jako „czystszego” i tańszego od węgla paliwa doprowadziły w XX w. do załamania w górnictwie węglowym. Nierentowne kopalnie zamykano, a górnicy byli zwalniani. Wielu mieszkańców Centralii wydobywało węgiel w nielegalnych, niezabezpieczonych i nierejestrowanych szybach. Jednak mimo problemów socjalnych i dużej mieszanki kulturowej (miasto zamieszkiwali m.in. imigranci z Irlandii, Niemiec, Polski, Rosji i Ukrainy) ludzie tworzyli zgodną wspólnotę, znajdując pracę w okolicznych miastach.

Niedokończone dogaszanie

W tych obszarach miasta, gdzie stosowano metodę odkrywkową, charakterystyczny element krajobrazu stanowiły ogromne dziury i wyrobiska kopalniane. Powszechną praktyką było używanie ich jako wysypisk śmieci. Władze miasta zalegalizowały gromadzenie śmieci w jednym z takich wyrobisk, niedaleko cmentarza Odd Fellows na południowo-wschodnim krańcu Centralii. Zależało im bowiem na tym, by zakończyć nielegalny wywóz śmieci do innych wyrobisk. Miały one tunele i dziury w zboczach – pozostałości po dawnym wydobyciu. Miejsca te – przed rozpoczęciem gromadzenia w nich śmieci – powinny być, zgodnie z prawem stanowym Pensylwanii, zabezpieczone poprzez zasypanie otworów niepalnymi materiałami – co wykonywano, jak się okazało z różnym skutkiem.

Pod koniec maja 1962 r. rozpoczęły się przygotowania do tzw. Memorial Day (Dzień Pamięci) – przypadającego na ostatni poniedziałek maja państwowego święta, poświęconego wspomnieniom bohaterów wojennych, poległych na frontach wszystkich wojen prowadzonych przez Stany Zjednoczone. Zgodnie z decyzją rady miasta jednym z istotnych punktów przygotowań było uprzątnięcie wysypiska przy cmentarzu. Metodą, którą w tym celu zastosowano, było kontrolowane wypalanie.

Rozwiązanie to było nielegalne z punktu widzenia prawa, ale powszechnie stosowane ze względu na skuteczność. Ogień tępił szczury, niszczył nieprzyjemny zapach i resztki śmieci porywane przez wiatr. Żadne oficjalne zapiski rady miejskiej z tamtego okresu nie zawierają informacji o sposobie uprzątnięcia śmieci. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że tego dzieła miał dokonać ogień. Badacze historii miasta dotarli do członków ochotniczej straży pożarnej, którzy kontrolowali przebieg spalania, a po wszystkim dogaszali pogorzelisko.

Oczyszczenie śmietniska zaplanowano na 27 maja – dzień ten uznaje się dziś za datę wybuchu pożaru pod Centralią. Śmieci podpalono, strażacy już po wszystkim dogasili płonące sterty i wrócili do domów. Po dwóch dniach okazało się, że ze śmietniska wydobywa się dym. Straż ponownie zalała śmieci wodą, ale niestety tylko po to, by po tygodniu kolejny raz wrócić na wysypisko. Śmieci zostały wówczas przegrzebane za pomocą koparek. Okazało się jednak, że pożar wszedł znacznie głębiej, niż się spodziewano. Strażacy nie mogli uwierzyć, że po ugaszeniu ognień rozprzestrzenił się tak głęboko. Płonące wysypisko próbowano ugasić przez kolejne dni, korzystając z buldożerów i koparek. Dokonano przy tym odkrycia, które zaważyło na porażce całego przedsięwzięcia. Na północnej ścianie wyrobiska ukazał się otwór o szerokości prawie 5 m i wysokości około 1,5 m. Wiódł do podziemnego labiryntu starych kopalń. To najprawdopodobniej tędy ogień przedostał się pod miasto. Ta ukryta pod śmieciami dziura nie została wcześniej zabezpieczona. Pożar tunelami przedostał się ostatecznie na głębokość około 90 m, obejmując również złoża węgla.

Górnicy zaproponowali użycie koparek parowych do przekopania wysypiska, ale rada miasta potrzebowała czasu, by zebrać środki i załatwić formalności. Co gorsza, w tym czasie nawet nie zakazano korzystania z wysypiska – wywrotki wyrzucały śmieci na niedogaszone pogorzelisko! O tym, jak nieświadome zagrożenia były lokalne władze (a może po prostu jak bardzo je bagatelizowały), świadczy też fakt, że pierwotnie wykopanie zajętych ogniem złóż zlecono tylko jednemu człowiekowi – Gordonowi Smithowi, inżynierowi i operatorowi koparki parowej. Nie zdążył on jednak przystąpić do pracy. Ze ścian wyrobiska zaczęły wydobywać się kłęby pary i dymu. Atmosferę w szczelinach sprawdzono za pomocą detektorów – odnotowało one obecność gazów pożarowych w tunelach kopalni.

Walka z żywiołem

Skomplikowany układ tuneli był w walce z pożarem główną przeszkodą. Pożary kopalń w tym rejonie nie były rzadkością i górnicy wiedzieli, jak sobie z nimi radzić. Należało zlikwidować jeden z elementów trójkąta spalania: temperaturę, materiał lub utleniacz (tlen). Standardowym działaniem w takich przypadkach było więc izolowanie pożaru – zamykanie grodzi, szybów wentylacyjnych, duszenie ognia. Niestety, w opuszczonych i przez nikogo nie kontrolowanych kopalniach sprzed stu lat liczba otworów w skałach była tak wielka, że ich zamknięcie było po prostu niemożliwe. Z podobnego powodu nieskuteczna okazała się metoda zalewania kopalń. Ponadto sam antracyt pali się w bardzo wysokich temperaturach, a prócz złóż węgla płonęły zawarte w skałach pokłady siarki i wybuchowy metan. Żywioł pochłaniał również drewniane wzmocnienia korytarzy kopalnianych (tzw. chodników), co powodowało ich zawalenie i osuwanie się ziemi na powierzchni. Ograniczenie temperatury spalania nie wchodziło w grę, ostatnią więc możliwością było usunięcie materiału palnego poprzez mechaniczne przekopanie okolicy.

Wysiłki w celu opanowania żywiołu podejmowano przez kolejne dwie dekady. Przekopywano teren, budowano zapory w ziemi, zalewano kopalnie. Ze wszystkich stron próbowano zatrzymać wędrówkę ognia wzdłuż podziemnych złóż węgla, na których posadowiono miasto. Ogień zawsze się jednak wymykał. Wszystkie projekty powstrzymania pożaru ostatecznie okazały się bezcelowe i niemożliwe do zrealizowania, ze względów technicznych, finansowych, ale także z powodu biurokracji i zwykłej opieszałości. Jeszcze w sierpniu 1962 r. kopanie zapór wykonywał tylko jeden górnik, któremu pozwolono na pracę wyłącznie po osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. Walka o ugaszenie pożaru została przegrana po wrześniowym długim weekendzie (święto pracy w USA przypada na pierwszy poniedziałek września), gdy wszelkie prace wstrzymano aż na pięć dni! Być może – jak twierdzą byli mieszkańcy miasta – gdyby wtedy pracowano na trzy zmiany, pożar dałoby się opanować.

Początkowo nawet mieszkańcy Centralii bagatelizowali sprawę, a ich życie toczyło się normalnym trybem. Spodziewali się, że władze zdołają opanować sytuację, a przez wiele lat nie wydawało się, by samo miasto było zagrożone. Kiedy jednak w sąsiednich, aktywnych kopalniach wykryto tlenek węgla, nastąpiła konieczność ich zamknięcia i zawieszenia pracy około 200 górników. Wykonywano odwierty w ziemi, aby przekonać się, jak daleko przedostał się pożar, a okolice miasta „ozdobiły” dziesiątki wystających z ziemi rur. W 1979 r. pracownicy lokalnej stacji benzynowej stwierdzili podgrzanie podziemnych zbiorników z benzyną do prawie 80°C, a podobne odczyty wskazywały mierniki tuż pod powierzchnią ziemi. Na początku lat 80. zamknięto drogę stanową wiodącą przez miasto, która była notorycznie spowita dymem. Ponadto w mieście pojawiły się pierwsze przypadki zatruć tlenkiem węgla w domach. Montowane w nich czujki wykazywały obniżone stężenie tlenu. Władze zalecały wietrzenie mieszkań i pozostawianie otwartych okien na noc.

Poczucie bezpieczeństwa ostatecznie runęło po zdarzeniu z 14 lutego 1981 r., kiedy to 12-letni Todd Dombowski wpadł do ziejącej dymem rozpadliny. Ziemia zarwała się pod nim w przydomowym ogródku. Chłopca uratował kuzyn. Wyrwa w ziemi miała niemal 90 m głębokości (choć niektóre źródła podają, że około 46 m), a temperatura na jej dnie wynosiła 200-300°C. Incydent ten wstrząsnął opinią publiczną. Amerykański rząd musiał wreszcie zareagować.

Oddanie pola

Wszystkie badania i kalkulacje pokazywały, że walka z pożarem pochłonie olbrzymie fundusze, niewspółmierne do wartości ratowanego mienia (wartości miasta). Wariant zakładający przekopanie całej okolicy kosztowałaby ponad 660 mln ówczesnych dolarów (dziś byłoby to około 1,5 miliarda dolarów $), a i tak nie dałby gwarancji likwidacji zagrożenia. Obliczono, że wysiedlenie ludzi z miasta pochłonie mniej środków (ok. 46 mln USD),zwłaszcza że wariant pierwszy i tak wymagałby przekopania znacznej części zbudowanych terenów miejskich. Relokację oficjalnie rozpoczęto w 1984 r., ale część mieszkańców opuściła miasto już wcześniej. W 1991 r. władze stanowe odkupiły od mieszkańców Centralii i sąsiedniego Byrnesville ich domy, które następnie równano z ziemią. Rząd obiecał jednak, że nikogo nie usunie z miasta siłą. Po ewakuacji ustawiono znaki ostrzegawcze, zamknięto popękaną drogę stanową nr 61, a od tych, którzy chcieli zostać, wykupiono zawczasu nieruchomości. W momencie ogłoszenia oficjalnej ewakuacji w mieście zostało ok. 600 mieszkańców, wszystkich, którzy opuścili Centralię było ponad tysiąc. Pozostało w nim około 10 osób, które nie pogodziły się z losem i mieszkają tam na własne ryzyko.

Pod Centralią do dziś palą się złoża węgla. Szacuje się, że pożar obejmuje około 15 km2 i rozszerza się z prędkością 22 m rocznie. Co rusz pojawiają się nowe dziury i zapadliska, zmienia się też ukształtowanie terenu. Ogień, który pod ziemią wypalił korzenie drzew, przeniósł się też na powierzchnię – zniszczył krzewy i drzewa, wypalając cześć terenu wkoło miasta. Kłęby dymu nadal wydobywają się ze szczelin w skałach, a ze starego tunelu służącego za odwodnienie kopalń wypływa kwaśny, żółty strumień zanieczyszczony metalami i siarką. I choć po prawie 60 latach można odnieść wrażenie, że front pożaru przeszedł już pod miastem, to w niektórych dziurach nadal widać płonące pokłady węgla, a nocą na wzgórzach niebieskie od metanu płomienie. Centralia istnieje już tylko w pamięci garstki jej mieszkańców i turystów chcących zwiedzić jedno z najsłynniejszych miast duchów w USA. Jedna z teorii mówi, że pożar węgla w tej okolicy może trwać dekady, a nawet i kilkaset lat, zagrażając kolejnym miastom.

***

Historia Centralii przypomina katastrofę lotniczą, w której wiele pozornie małych popełnionych przez człowieka błędów może się nałożyć i doprowadzić do tragedii. Niedozwolone wypalanie śmieci w miejscu źle zabezpieczonym, niedogaszenie pogorzeliska i opieszałość w podejmowaniu działań przyczyniły się do wysiedlenia całego miasta i rozdarcia kilkutysięcznej społeczności.

Centralia nie jest jedynym takim przypadkiem. W Turkmenistanie, w wielkim zapadlisku, od 1971 r. płoną złoża gazu ziemnego. W New Castle w stanie Colorado od 1899 r. węgla płonie kopalnia węgla (tzw. Burnikg Mountain), a w północno-wschodniej części Indii od 1916 r. ogień trawi złoża węgla na powierzchni około 450 km2. Pożar ten rzutuje na życie miliona mieszkańców tych terenów. Rządowy projekt na kwotę 1,4 mld dolarów przewiduje walkę z pożarem i wysiedlenie prawie 90 tys. ludzi. Jak to ujął jeden z inspektorów badających sprawę: „W porównaniu do tego problem Centralii to nic… kompletne nic”.

kpt. Marek Wyrozębski jest dowódcą zmiany w JRG 3 w Warszawie

 

PA AcidMineDrainage

Kwaśny strumień zawierający metale cieżkie i siarczany wypłukane z płonącej kopalni w pobliżu drogi Big Mine Run na południowy wschód od miasta, Michael C. Rygel/Wikimedia

PA CENTRALIA both
Gęstość zabudowań w Centralii przed pożarem i po rządowej relokacji mieszkańców, Vasiliy Meshko/Wikimedia

PA2
Mapa Centralii z oznaczeniem szacunkowej powierzchni zajmowanej przez podziemny pożar. Obszar obwiedziony czarną linią to teren o podwyższonej temperaturze w ziemi 40-80°C, na biało oznaczono miejsca o temperaturze w granicach 300-550°C (1989). Czerwona linia otacza szacunkowy obwód pożaru z 2012 r. Oznaczono również miejsce rozpoczęcia pożaru i miejsce wypływu kwaśnego źródła (żółta strzałka), źródło: opracowanie własne na podstawie OpenStreetMap i wymienionej literatury/OpenStreetMap (ODbL).

Standalone row house in Centralia Pennsylvania
Fragment dawnego szeregowca. Po relokacji wyburzono domy przesiedlonych mieszkańców. Lokatorzy tego postanowili pozostać w mieście. Widoczne wzmocnienia ścian w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się drugi budynek, Z22/ Wikimedia

Literatura
[1] David DeKok, Unseen Danger: A Tragedy of People, Government, and the Centralia Mine Fire, University of Pennsylvania Press, 1986.
[2] David DeKok, Fire Underground: The Ongoing Tragedy Of The Centralia Mine Fire, Globe Pequot Press, 2010.
[3] Renée Jacobs, Slow Burn: A Photodocument of Centralia, Pennsylvania, Penn State Press, 2010. [4] The Town That Was [film dokumentalny], 2006.
[5] Department of Environmental Protection, http://files.dep.state.pa.us/Mining.

czerwiec 2017