To warto przeczytać

Czytać każdy może...

Kategoria: to warto przeczytać

Lech Lewandowski opublikował powieść „Posłańcy świętego Floriana”. To historia o strażakach, z „momentami” – tak można byłoby krótko ująć to dzieło.

Sprawa zasługuje jednak na wiele więcej niż zdawkowe potraktowanie. Po pierwsze, napisał ją pracownik PSP. Po drugie, o ile wiem, od ponad stu lat (czyli od czasów „Przeglądu Pożarniczego” Bolesława Chomicza) nie powstała większa forma literacka przeznaczona dla dorosłych, której kanwą w całości byłoby życie strażackie. Po trzecie, „Posłańcy świętego Floriana” mają wymiar najświeższej aktualności, bo traktują o nas, tu i teraz żyjących, z naszymi specyficznymi rytuałami i nawykami służby, na różnych jej poziomach.

Książka ma kilka zalet, ale niestety i wady. Przede wszystkim mogła być lepiej zredagowana. „Niespełna trzy tysiące metrów sześciennych wody” w strażackim samochodzie to trochę przesada, no i sporo jest niezręczności słownych. Bez wyrazu jest początek powieści. Dialogi szeleszczą tam papierem, zresztą to odczucie pojawia się w kilku dalszych fragmentach, ale już nie z taką siłą, jak na wspomnianym początku, gdzie bóle twórcze odczuwa się całkiem mocno.

Mniej dotkliwą słabością, bo widoczną tylko dla uważnych czytelników, bywa brak spójności czasu, miejsca i akcji, a to za sprawą braku najprostszych przerywników, jak „nazajutrz”, czy „za kilka dni”. Dlatego zdarzyło się, że główny bohater zszedł ze służby rano, po drodze wypił piwo z kolegą ze zmiany, potem dotarł do mieszkania, a tam gadał z atrakcyjną córką gospodyni i z emocji oglądał telewizję. Jakby nie liczyć, dzień do południa zmitrężył. Po kilku godzinach snu wyszedł w towarzystwie panny N. i pojechali autobusem na dożynkowy festyn aż pod czeską granicę, czyli przybył na miejsce około godziny 17-18. Tam działał festynowo, mocno zawodowo, a potem po raz drugi tak mocno zawodowo, że już mocniej się nie da. W sumie wrażeń było dosyć aż do późnej nocy. Tymczasem bohater jakoś wstrzymał bieg zegarów i wrócił do domu jeszcze tego samego dnia. Nie wiadomo jak, ale urwał się wycałowanej pannie N., a jako wyczynowiec umówił się jeszcze na ten sam wieczór ze znajomą panią E. – i to tak, by zdążyła z kolacją, po czym, już spotkawszy się z nią, spożył wytworny, bo francuski posiłek i wreszcie jeszcze bliżej ją poznał. Według mnie to za dużo jak na jedną czasoprzestrzeń.

Szkoda też, że części śmieszne nie są śmieszniejszymi, a tragiczne nie wstrząsają. Przyczyną jest ubożuchny język – łącznie z komentarzami autora. Początkowo miałem to za istotną wadę, ale po przeczytaniu całości uznałem, że ta nieporadność językowa pasuje, bo rzetelnie oddaje rzeczywistość kulturową środowiska. Tak to jest, że jeśli z mowy potocznej wyrwać przekleństwa, jak to uczynił autor, robi się ona tak skromna w słowne środki wyrazu, że niezmiernie trudno o celowe przekazanie w niej właściwych stanów emocjonalnych. Jedynymi wtrętami wzbogacającymi wymowę postaci zaludniających książkę są zwroty z żargonu zawodowego, instrukcji czy urzędowych pism oraz używane „uczenie” słowa obce, które wyparły rodzime. Czasami ktoś kończy wypowiedź śmiesznym powiedzonkiem, kontrastującym mocno lapidarnością i lekkością formy z tym, co z takim mozołem mówił wcześniej.

Tworzy to swoistą mieszankę werbalną, którą tak świetnie wykorzystywał Stanisław Bareja w Alternatywach 4 czy Zmiennikach. No i proszę! Ledwie minęło jedno pokolenie, a to, co kiedyś raziło, obecnie, jak to dobitnie pokazuje strażacka powieść, staje się normą. Ani główny bohater, ani najstaranniejszy w sztuce wymowy komendant, starosta powiatowy czy nawet nauczycielka francuskiego: żadne z nich nie wie, jak straszną prozą mówią. Nic dziwnego, przecież nie mają żadnych zainteresowań: nie zbierają znaczków, nie słuchają muzyki, nie czytają książek. Po prostu są. Świat widziany ich oczami przedstawia się dosyć przaśnie – ludziom niesie się pomoc, pieniądze się załatwia, dziewczyny się podrywa (bądź jest się przez nie podrywanym), a wystroić się można tylko do opery – jakby tam bez fraków lub w ostateczności bez krawatów nie wpuszczali. I tylko życie zawodowe wygląda na tym tle autentycznie i swobodnie. Wszystko to razem tworzy wierny portret środowiska raczkującej klasy średniej, z tego raczkowania wyjść jednak niezdolnej.

Po stronie zalet powieści leżą wierne opisy strażackiego życia, zresztą książka ogólnie robi się lepsza od strony 50, kiedy zaczyna zwyczajnie wciągać. Komendant jakoś musi znaleźć pieniądze na doposażenie jednostki i wyjść czystym z rozmów z zawodowymi krętaczami, dowódca wyszkolić ludzi, a podwładni poradzić sobie z dowódcą. Jest w tle wątek korupcyjny, są rozpisane na głosy działania ratownicze przy kilku rodzajach zdarzeń, dużo miejsca zajmuje określanie granicy między potrzebną w służbie odwagą a zupełnie zbędą brawurą. No i przy całym budowaniu postaci rycerza-ratownika, jako najważniejszego ogniwa cywilizacji strażackiej, ukazał też autor wagę rzetelnie wykonanych czynności kontrolno-rozpoznawczych. Efekt końcowy jest taki, że bez epatowania schematami czytelnik dostaje kompletny obraz całej służby, łącznie z OSP i KSRG. Przy tym, udało się autorowi coś bardzo trudnego – ukazanie etosu służby bez moralizatorstwa. Ci dość nieporadni językowo ludzie zaludniający książkę, mający różne charaktery, w razie potrzeby działają niemal jednakowo: narażają życie, kalkulują, czy nie narazić bardziej, pomagają. W życiu cywilnym radzą sobie lub nie z problemami osobistymi, ale prawdziwą treścią ich życia jest służba.

Strażacy! Czytajcie powieść „Posłańcy świętego Floriana”! Dla mniej wrażliwej większości będzie to lustro, w którym przejrzy się i zobaczy swoje wyidealizowane oblicze. A wrażliwa mniejszość uśmieje się w wielu miejscach, całkiem wbrew intencjom autora – to cena braku pisarskiej samokontroli. Zapewniam, że tylko nieliczni będą rozdrażnieni.

Paweł Rochala

sierpień 2016