Szmerek medialny

Dokąd zmierzamy

Kategoria: Szmerek medialny

Jaka jest dzisiejsza straż pożarna? Czym różni się od tej, która była – i jaka będzie? Czy mają na to wpływ tylko zmiany w samej organizacji?

Straż pożarną – czy to państwową, czy ochotniczą – tworzą przede wszystkim ludzie. To ich cechy kształtują obraz całej formacji. A o nowym pokoleniu mówi się różnie. Często, zamiast szukać jasnej strony, opinia publiczna kształtuje mało pozytywny obraz młodzieży wkraczającej w wiek dojrzały. Niedawno media społecznościowe obiegł z prędkością światła artykuł o tym, że wychowujemy obecnie pokolenie nieudaczników. Dlaczego?

Zacznijmy od sprawności fizycznej. Ostatnie badania przeprowadzone na naszym rodzimym podwórku przez przedstawicieli Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie pokazują, że 30 lat temu dzieci były o wiele sprawniejsze, niż ich rówieśnicy dzisiaj. Donosiła o tym niedawno również „Gazeta Wyborcza” w tekście o przerażającym tytule „Dychawiczne pokolenie”. Analiza badań przeprowadzonych w 28 krajach w latach 1964-2010 pokazała, że gdybyśmy stworzyli dwie drużyny – jedną ze współczesnych dzieci, a drugą z ich rówieśników sprzed 30 lat, dzieci naszych czasów przegrałyby z kretesem... we wszelkich możliwych dyscyplinach. Zdecydowanie nie napawa to optymizmem.

Wydawałoby się, że szeroki wachlarz przeróżnych zajęć sportowych daje możliwość znalezienia czegoś dla siebie. Mogą to potwierdzać informacje i zdjęcia na wszelkich portalach społecznościowych – nierzadko widzimy, kto ile przebiegł, przejechał na rowerze, czy przepłynął. Co więcej, znamy nawet dokładną trasę, uzupełnioną o widok otoczenia. Fotografie pokazują śmiałków na siłowni czy zajęciach fitness, o selfie przed lustrem w szatni z wyrzeźbionym (mniej lub bardziej) ciałem i napiętymi żyłami nie wspominając. Gdzie nie spojrzeć, tam ludzie w ruchu! Jakby sport stał się naszą narodową słabością. I poniekąd to prawda, tylko że pojawia się pewne „ale”. Sprawę zbadali psychologowie, którzy orzekli, że ogromny wybór zajęć sprzyja braku wytrwałości. Determinacja i dążenie do doskonałości w jednej dziedzinie zostały zastąpione nieustannym próbowaniem, trwającym do pierwszych trudności. Oczywiście nie ma niczego złego w próbowaniu, byle nie wiązało się z rezygnacją ze wszystkiego, co tylko łączy się z jakimikolwiek wysiłkiem. A niestety, pierwszy pot – o krwi i łzach już nie wspominając – sprawia, że zaczyna się próbować czegoś nowego. Ważne tylko, by na odpowiednim portalu, odpowiednia grupa znajomych zobaczyła, że robiło się to czy tamto. To dość paradoksalne więzienie – większość ludzi z własnej woli dąży do tego, by wszyscy wokół ich obserwowali. Psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-Społecznego w Sopocie widzi w tym wielkie niebezpieczeństwo. Jej zdaniem budowanie systemu własnej wartości na poklasku związanym z potrzebą pokazywania się sprawi, że najdrobniejsze potknięcie stanie się przyczyną problemów o podłożu psychologicznym.

Wszystko przez to, że pokolenie ludzi, którzy wchodzą właśnie w dorosłość, jest przeświadczone o swojej wyjątkowości. I wcale nie chodzi tutaj o zwykłą wiarę we własne siły, ale o wkładanie im do głowy wiary w to, że są geniuszami sami w sobie i przez to wszystko się im należy. Do czego to prowadzi? Skoro mogą wszystko i nie zostają super bohaterami od razu, to znaczy, że coś musi być nie tak z trenerem, klubem albo samym sportem. Niestety, przekłada się to także na podejście do innych sfer życia.

Młodzi ludzie przyzwyczajeni są do gotowych rozwiązań. I wcale nie mam tutaj na myśli nastolatków, tylko dorosłych, wkraczających na rynek pracy (także do służby). Jeśli w domu coś się popsuje, to prawdopodobnie trzeba kupić nowe, bo kto by się zabierał do naprawiania pralki czy lodówki? Jeśli istnieje jakiś algorytm postępowania, trzeba z niego skorzystać, jeśli nie istnieje, to znaczy, że problem jest nierozwiązywalny. Jeśli czytelnicy z wykształceniem inżynierskim buchają teraz śmiechem, z politowaniem myśląc o tych wszystkich humanistach, którzy nie mają w ręku know-how, pozwolę sobie otrzeźwić ich pewną opowieścią. Kilka lat temu przeprowadzono eksperyment w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT),  słynącym m.in. z tego, że skonstruowano tutaj dużą część oprzyrządowania lotów kosmicznych. Studenci tego instytutu zapytani o to, jak zapalić żarówkę za pomocą drucików i baterii, otwierali oczy ze zdumienia, uznając, zadanie za niemożliwe. Zanim zaczniemy wyśmiewać Amerykanów, którzy przecież stereotypowo mają braki w wiedzy elementarnej, i łamać ręce nad ich systemem edukacji, może postarajmy się odpowiedzieć, czy na pewno u nas jest inaczej?

Sięganie po gotowe schematy działań po prostu zwalnia z odpowiedzialności. Na podsumowaniu pewnych ćwiczeń z sali padł zarzut: „Ale przecież nie ma w tym zakresie obowiązujących procedur!”. Wierzcie lub nie, ale sprawa dotyczyła drobnostki… I pojawia się kolejny paradoks, bo z jednej strony podnoszą się głosy, że biurokracja wszystko niszczy, a ton produkowanych przez nią regulacji i tak nikt nie zapamiętuje. Z drugiej – głos o potrzebie regulacji, żeby spokojnie można było powiedzieć: „Nie, to nie ja, to procedura kazała mi to zrobić w ten sposób”. I aż ciśnie się na usta ogólna mądrość, którą chyba każdy powinien nie tyle nawet zapamiętać, co wręcz wyryć w pamięci: ŻADNA PROCEDURA NIE ZWALNIA Z MYŚLENIA. Jest tylko jedno małe „ale”: najpierw trzeba umieć myśleć.

Tylko po co, skoro wszystko będzie dobrze? Wchodzący w dorosłość ludzie są poddani tyranii optymizmu. Ze skrajności w skrajność. Kiedyś niczego nie było można osiągnąć, a własna głowa na każdym kroku stwarzała ograniczenia, krzycząc wręcz, że „się nie da”. Później pojawiły się wszelkie możliwe teorie pozytywnego myślenia, kontroli podświadomości, świadomości itp. I nie ma w tym nic złego, jeśli zachowa się zdrowy rozsądek i umiejętnie wyznaczy złoty środek. Ale niestety teraz obserwujemy skrajność optymistyczną. Uśmiechaj się, wszystko będzie dobrze, uwierz w siebie, głowa do góry, na pewno osiągniesz sukces, jesteś wyjątkowy, wystarczy uwierzyć… Tylko w całym tym wyliczeniu przydałoby się jeszcze uświadamiać od najmłodszych lat –obecne dzieci będą przecież przejmować w przyszłości stery najważniejszych instytucji państwowych i prywatnych firm – że potrzebny jest wysiłek i ciężka systematyczna praca, bo wrodzona wyjątkowość może nie wystarczyć do osiągnięcia sukcesu.

Stwarzamy niestety iluzję „takosamości”. Z jednej strony wszyscy są wyjątkowi, z drugiej każdy jest geniuszem, summa summarum wszyscy są skazanymi na sukces nadludźmi. W rzeczywistości to nie działa, bo różnimy się nie tylko charakterami, lecz także uzdolnieniami i predyspozycjami. Rynek pracy zalewają więc młodzi absolwenci szkół wyższych, magistrem jest już prawie każdy, ale niestety… Najczęściej nie idą z tym w parze umiejętności, idą za to oczekiwania. „Ja jestem wyjątkowy i zdolny, urodzony po to, by osiągnąć sukces! Dlaczego więc nie dostaję pracy i zarobków na miarę moich oczekiwań?”. Poziom roszczeniowości jest odwrotnie proporcjonalny do kwalifikacji.

Po co o tym piszę? Właśnie ci młodzi ludzie, którzy nigdy nie zdarli sobie kolan na rowerze, bo zawsze mieli ochraniacze i kask, nigdy nie przechodzili przez płot, bo to było niebezpieczne, zawsze byli genialni i wyjątkowi, a plecak ze względu na ciężar nosili za nich rodzice, przyzwyczajeni do tego, że gotowe rozwiązania na nich czekają i wystarczy je zastosować, trafią w końcu i do PSP. W jaki sposób wpłyną na kształt formacji?

Jako wisienkę na torcie pozwolę sobie przedstawić pewien dialog, którego bohaterem jest pewien podchorąży SGSP.

- Proszę zobaczyć, coś mi się tutaj stało na stopie.

- To jest pęcherz.

- No dobrze, ale to chyba nie jest normalne. Mogę z tym ćwiczyć? Co mam teraz zrobić?

Komentarz pozostawię Wam, drodzy Czytelnicy. Danuta Rinn 40 lat temu śpiewała: „Gdzie ci mężczyźni…”. Ciekawe, co zaśpiewałaby teraz o kobietach i mężczyznach na miarę czasów...

eM.