postscriptum

Konkurs Chopinowski

Kategoria: postscriptum

Raz na pięć lat, w październiku, w całym prawdziwie kulturalnym świecie mówi się i myśli o Polsce, a w zasadzie Filharmonii Narodowej, czy jeszcze ściślej rzecz ujmując – o jej sali koncertowej i o „fłaje”. A wszystko to za sprawą człowieka, który żył krótko, bo 39 lat, z czego zaledwie połowę spędził w ojczyźnie. Nazywał się Fryderyk Chopin, przy wzroście 1,7 m ważył w porywach do 50 kg i kochał polską muzykę ludową, czemu dawał wyraz w rozmowach, listach, a przede wszystkim w swojej twórczości.

Urodził się geniuszem muzycznym, co do tego nikt nie miał żadnych wątpliwości. Jednocześnie był szczególnie wrażliwy na piękno i raczej dość skryty w okazywaniu emocji. Miał wybredny gust, wysokiej próby poczucie humoru, talent parodystyczny i literacki. Zdrowia nie miał wcale, szczęścia w miłości też nie, ręki cara całować nie chciał, więc trwał na obczyźnie. Wszystkiemu dawał wyraz w muzyce.

Chopin przepisywał uczucia na papier nutowy w sposób niedościgniony. Pokrótce można powiedzieć, że jeśli jakaś melodia jest szlachetnym kamieniem, to on nie tylko umiał go oszlifować, by rzucał blask, lecz także oprawić w subtelną ornamentykę, co piękno uwypuklała, w żadnej mierze go nie przytłaczając. Tworzył coś, czego nie sposób powtórzyć, a co niezmiernie trudno odtworzyć. Dociekliwy wirtuoz i krytyk muzyczny Robert Schumann, zaintrygowany tym, co mu rozum zaśpiewał, gdy czytał sobie w sklepie nuty nieznanego mu kompozytora, wziął do fortepianu co prawda popisowy, ale jeszcze młodzieńczy utwór Chopina i – co otwarcie przyznawał – biedził się przez trzy miesiące, bo nie umiał go zagrać! No i gdy wreszcie zagrał, usłyszał coś niebywałego, coś, co wprawiło go w osłupienie, więc potem krzyczał w gazecie: „Kapelusze z głów, panowie! Oto geniusz!”. Nic dodać, nic ująć, ale za tym geniuszem kryła się ciężka praca: ustawiczne poprawki, dopiski, dogrywki, a bywało nawet, że „przeciągnięcie” utworu przez wszystkie tonacje muzyczne, by sprawdzić, w której brzmi on najlepiej. Wycyzelowane utwory Chopina są bardzo wrażliwe na jakiekolwiek fałsze, a brzmią dobrze dopiero w mistrzowskich wykonaniach. Dla wielu pianistów są zwyczajnie niedostępne. Ta doskonałość i czystość od lat fascynuje daleki wschód: Japonię, Chiny i Koreę Południową.

I oto, raz na pięć lat najzdolniejsza pianistycznie młodzież świata mierzy się w najtrudniejszym ze wszystkich konkursów: Konkursie Chopinowskim w Warszawie. By dobrnąć do finałów, trzeba zagrać z pamięci trzy godziny muzyki. Utwory dobrane są tak, by komisja mogła ocenić biegłość techniczną, wierność zapisowi nutowemu, jakość dźwięku, a wreszcie czucie czegoś, co dla większości jest zupełną abstrakcją: mazurków. Do sita eliminacji wstępnych tegorocznego – XVII konkursu weszło 450 pianistów. Do eliminacji docelowych dopuszczono zaś 140 osób, które już w marcu zmierzyły się na estradach, przed widownią i jurorami. Do konkursu zakwalifikowano ostatecznie 78 pianistów, rywalizujących w Warszawie przez niemal cały październik. Przez maraton trzech morderczych etapów dobrnęło do finałów dziesięć osób, wśród nich jeden Polak – Szymon Nehring z Krakowa.

Finałowe zmagania wygrał bezbłędny Koreańczyk, drugie miejsce zajął Kanadyjczyk, trzecie Amerykanka urodzona w Singapurze. Ludzie mający po 20-22 lata, czyli już więcej niż Chopin opuszczający Polskę na zawsze. Szacuje się, że finały śledziło codziennie 80 mln ludzi na całym świecie. W studio telewizyjnym (niestety, nie na kanale powszechnie dostępnym) komentowali wyczyny uczestników najlepsi znawcy przedmiotu: koncertujący pianiści, nauczyciele, krytycy, przy czym mówili pielęgnowaną w owym środowisku najczystszą polszczyzną. I co mnie szczególnie cieszy, w tej dawce edukacji w zakresie najwyższej kultury padły również słowa o ochronie przeciwpożarowej!

Otóż gmach Filharmonii szturmowało kilka tysięcy ludzi wszystkich narodów świata – w nadziei, że dostaną choć najgorsze wejściówki do nieba, czyli na finały. Nie weszli. Kiedyś, choć młodzieży było łatwiej – po zajęciu wszystkich biletowanych miejsc wpuszczano jej tabuny na wszelkie skrawki wolnej przestrzeni: schody, przejścia między rzędami siedzeń, podesty techniczne, a nawet skrawki sceny, co dawało malowniczy wyraz na fotografiach. Dziś, jak to powiedziała z ubolewaniem profesor Elżbieta Tarnawska: „Przepisy przeciwpożarowe na to nie pozwalają…”.

W ten sposób dostaliśmy dowód, że kultura w zakresie ochrony przeciwpożarowej osiągnęła poziom naprawdę wysoki. Tylko pogratulować odpowiedzialnemu za to człowiekowi, że nie uległ żadnym naciskom. Brawo!

Oficer

Listopad 2015