Sport i rekreacja

Elbrus zdobyty

Kategoria: Sport i rekreacja

Wyprawę planowaliśmy od roku. Po zeszłorocznym sukcesie – zdobyciu Mont Blanc przyszła kolej na rosyjski Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu.

Jest to wygasły wulkan, górujący niemal półtora kilometra nad otaczającymi go szczytami. Leży w zachodniej części głównego łańcucha Kaukazu, na terenie Kabardo-Bałkarii w Rosji, niedaleko granicy z Gruzją. Z uwagi na dość dogodne położenie i miano jednego ze szczytów Korony Ziemi góra ta jest częstym celem alpinistów.

Postanowiliśmy dołączyć do grona jej zdobywców. Nasza grupa, w składzie: Jędrzej Banasik, Łukasz Trocki, Łukasz Kołodziejski, Piotr Pytlos oraz Mariusz Rybak zameldowała się w dolinie Baksan w ostatnich dniach września. To końcówka letniego sezonu w tym rejonie. W nocy występują już przymrozki, jednak nie ma jeszcze mroźnego zimowego powietrza. Plusem jest również to, że w górach bywa wówczas niewielu alpinistów. Niestety byliśmy zmuszeni do pozostania w dolinie przez dwa dni z rzędu, ponieważ nie mieliśmy rejestracji w miejscowym OWIR. W tym czasie udało nam się jednak przejść aklimatyzację na wysokości 3750 m n.p.m. – w jeden dzień dojechaliśmy kolejką do popularnych Beczek, czyli schroniska zrobionego ze zbiorników po paliwie. Pozostały czas przeznaczyliśmy na integrację z mieszkańcami Tegenekle oraz na trekkingowe wyjścia poza naszą miejscowość.

Zarejestrowanie się w OWIR okazało się nie lada wyzwaniem, niemal jak zdobycie góry. Miejscowy naczelnik urzędu, a raczej „pan i władca na krańcu świata” nie spieszył się bowiem z wypełnieniem pięciu druczków (4 godz. i 30 min oraz 5000 rubli „opłaty manipulacyjnej”). Koniec końców otrzymaliśmy upragnione dokumenty. Można iść w góry!

Noc zastała nas w pobliżu stacji Mir (około 3500 m n.p.m.). I tu rada dla przyszłych zdobywców – zanim rozbijecie namiot, sprawdźcie, czy nie można się rozłożyć w holu stacji. Jest tam sporo miejsca i nie wieje, dziurę w szybie zakleiliśmy kawałkiem folii. Najważniejsze, by opuścić hol przed rozruchem kolejki.

Z samego rana byliśmy już więc spakowani i kierowaliśmy się do wspomnianych Beczek. Okazało się, że za niewysoką cenę można tam wynająć cylindryczne pomieszczenie z sześcioma pryczami. Jak na górskie warunki był to wysokiej klasy hotel. W nocy nie wiało i nie padało, a w dzień nie świeciło słońce. W ciągu dnia zrobiliśmy aklimatyzację na wysokości 4200 m n.p. m. Pogoda była idealna, wszyscy uczestnicy wyprawy byli w formie – postanowiliśmy więc zaatakować szczyt w nocy. Dlaczego w nocy? Ponieważ ważne jest, by zejść do bazy przed południem, zanim palące słońce roztopi mostki śnieżne wiążące szczeliny lodowca.

Plan był dobry. W nocy okazało się jednak, że Łukasz Trocki nie czuje się na siłach, żeby zdobywać szczyt. Podjęliśmy decyzję o rozdzieleniu grupy. Łukasz spakował się i rano miał zejść do doliny. Pozostała czwórka poszła w górę. Pogoda dopisywała, humory również, chociaż im wyżej się znajdowaliśmy, tym mniejszą mieliśmy ochotę na jakiekolwiek rozmowy. Na domiar złego trzem z nas zamarzły kamelbagi. Pozostał mój, który od tej pory pełnił rolę źródełka. Droga na szczyt jest różnorodna, na przemian podejścia i trawersy. W nocy trud rekompensowały widoki rozgwieżdżonego nieba i sylwetki otaczających szczytów, na które w miarę upływu czasu zaczęliśmy spoglądać z góry.

Wschód słońca zastał nas w siodle, czyli na przełączy pomiędzy dwoma szczytami Elbrusa (około 5300 m n.p.m.). Tam zrobiliśmy dłuższy postój, który pozwolił na uzupełnienie energii i wykonanie kilku zdjęć. Okazało się, że spośród wszystkich atakujących grup jesteśmy na samym czele. Droga na szczyt była trudniejsza niż dotychczas. Wyjście z siodła okazało się najbardziej strome. Po pokonaniu około 100 m w pionie, Łukasz Kołodziejski musiał uznać wyższość góry. Mariusz zgodził się mu towarzyszyć. W górę poszła już tylko dwójka.

O 8.30 na szczycie stanęli Jędrzej Banasik i Piotr Pytlos. Widoki, jakie roztaczały się z Elbrusa,  sprawiły, że zapomnieliśmy o olbrzymim zmęczeniu i trudzie wędrówki. Mróz i silny wiatr pozwoliły jednak tylko na krótki odpoczynek. Wiedzieliśmy, że droga powrotna wcale nie będzie łatwiejsza od tej na szczyt. Do Beczek dotarliśmy ostatkiem sił. Czekali tam na nas Mariusz i Łukasz.

Przedsięwzięcie to nie udałoby się bez pomocy zaprzyjaźnionych firm i urzędów. Patronat honorowy nad wyprawą objął prezydent miasta Słupska Robert Biedroń, a finansowo wsparła je m.in. Komenda Wojewódzka PSP w Gdańsku. Wszystkim gorąco dziękujemy.

Jędrzej Banasik

fot. Jędrzej Banasik

Grudzień 2015