Historia i tradycja

Garść wrażeń z zagranicy (3)

Kategoria: Historia i tradycje

Latem 1914 r. jeden z założycieli „Przeglądu Pożarniczego” i zarazem członek komitetu redakcyjnego inż. Józef Tuliszkowski wybrał się na urlop do Ostendy.

W drodze do tego popularnego belgijskiego kąpieliska nad Morzem Północnym  odwiedził Berlin, Kolonię i Aachen (Akwizgran). Będąc już w Ostendzie, zdecydował się na krótki wypad do Londynu.

We wszystkich tych miastach wizytował straże pożarne, zapoznając się z ich organizacją, sprzętem i taktyką działania. Obserwacjami, które tam poczynił, podzielił się z czytelnikami „Przeglądu Pożarniczego” w cyklu gawęd pod wspólnym tytułem „Garść wrażeń z zagranicy”. Pierwszy odcinek ukazał się w PP nr 8 z 1914 r. Następne dwa musiały poczekać na druk do 1917 r. – zostały opublikowane po uzyskaniu zgody na wznowienie wydawania czasopisma przez okupacyjne władze niemieckie (PP nr 9-10 i 18-19). Kolejne trafiły do czytelników w numerach  17-18, 19-20, 21-22 i 23-24 z 1918 r. (ten ostatni nosi datę 29 listopada, ukazał się zatem już we wskrzeszonej po zaborach Polsce).

Lektura tych wspomnień zachwyca bogactwem i szczegółowością obserwacji zarówno w kwestiach fachowych, jak i podróżniczych, obyczajowych oraz politycznych. Ujmuje także pięknem języka. Publikując zapiski inż. Tuliszkowskiego w wakacyjnych edycjach „Przeglądu Pożarniczego”, postanowiliśmy powstrzymać się od jakichkolwiek ingerencji redakcyjnych, zachowując oryginalną formę – także pisownię, gramatykę i składnię z epoki. Również zgodnie z oryginałem wszelkie przypisy poczynione przez Józefa Tuliszkowskiego oznaczyliśmy gwiazdką. Niezbędne naszym zdaniem objaśnienia pochodzące od redakcji są oznaczone cyframi.

 

Kończyłem oglądanie warsztatów reparacyjnych dla samochodów, znajdujących się obok głównej remizy, gdy w tem uderzono w dzwony alarmowe w całym gmachu, przyczem w górze na suficie zapłonęły dwie lampy jaskrawem światłem pomimo, że był to dzień: jedna lampa zielona, druga niebieska.

Będąc przekonany, że to alarm, który zwykle bywa urządzany dla zwiedzających straże ogniowe, chciałem podziękować uprzejmemu Anglikowi, gdy w tem ten złapał mię za rękę, wciągnął do wyruszającego samochodu, posadził przy sobie i głośno krzyknął mi do ucha, że sygnalizuje się duży pożar fabryki zabawek celluloidowych i pluszowych w City (handlowa dzielnica Londynu), że zobaczę Straż Londyńską przy akcji. „Mam szczęście” – pomyślałem sobie. Musiał komendant przytem głośno mówić do ucha, bo dzwonienie potężnych dzwonów alarmowych, huk silników wybuchowych [1] kilku samochodów, gotujących się do wyruszenia, czyniły ogromny hałas i stwarzały ciekawą dla każdego strażaka chwilę napięcia i oczekiwania. Jakoż w niespełna minutę wyruszyliśmy. Przodem pędził nasz samochód (komendanta), a zanim 3 samochody: sikawka motorowa, tender ze strażakami i zapasem węży i drabina samochodowa. Pędziliśmy z chyżością około 60 kilometrów na godzinę.

Podziwiałem sprawność policji Londyńskiej. Pomimo olbrzymiego ruchu wozów i samochodów w tej najwięcej handlowej dzielnicy, ulica, przez którą w szalonym pędzie dążył do ognia nasz tabor samochodowy, była literalnie pusta.

Na skrzyżowaniach ulic stali policmeni ze wzniesioną do góry ręką, a po obu stronach cale sznury i szeregi zatrzymanych tym gestem wozów, dorożek, omnibusów, tramwai. Z jednej i drugiej strony ulicy na chodnikach publiczność tworzyła dwa gęste szpalery. Można było podziwiać kulturę ludności, bezwzględnie posłusznej w takich chwilach woli i rozkazom stróżów bezpieczeństwa.

Jakże różni się w tych wypadkach, pomyślałem sobie, nasza publiczność, kiedy to tabor Straży Warszawskiej, pędzący do ognia, spotyka zajeżdżające wpoprzek dorożki, tramwaje, nie zwracające nieraz żadnej uwagi na trąbienie i dzwony ostrzegawcze, ludzi biegnących tuż przy wozach, uliczników i inne szumowiny gwiżdżące przeraźliwie z uciechy, czy też z głupoty. Wiele to się słyszy nieraz złośliwych uwag pod adresem straży nawet ze strony niektórych pseudointeligentów.

Pozwól, Szanowny Druhu Czytelniku, że odbiegnę trochę od tematu i poruszę drażliwą i tak niemiłą dla nas strażaków sprawę.

W naszych anormalnych stosunkach pochopność do krytyki jest zjawiskiem powszedniem. Jedni chcą się popisać przed ogółem znajomością rzeczy, drudzy pragną być dowcipnymi, innymi znów powoduje pewnego rodzaju zazdrość i rodząca się stąd niechęć. Ogólną zaś przyczyną jest brak wyrobienia i kultury. Szczególnie łatwej krytyce podlegają zrzeszenia straży ogniowych. Zbiorowe większe ćwiczenia, pociągające znaczną ilość publiczności, głośne alarmy i poruszenie ogólne podczas pożarów, błyszczące uniformy i kaski – wszystko to zwraca uwagę różnych próżniaków, zazdroszczących powodzenia i popularności, drażni nieraz rzekome powagi prowincjonalne, że ktoś inny, a nie one, podczas ćwiczeń, zjazdów prezyduje i t.p.

Co tu mówić o mniejszych strażach, kiedy po miastach większych spotyka się to samo. Z wprowadzeniem u nas samo rządu, kiedy szerszemu ogółowi stało się dostępnem uczestnictwo w sprawach miejskich, wiele jednostek w obawie, aby się nie powtórzyły grzechy niedawnej przeszłości, pilnuje i uważnie śledzi bieg spraw w zarządach miast, w poszczególnych instytucjach, poddając surowej krytyce i ich gospodarkę.

Bardzo to dobre i słuszne, a nawet konieczne; lecz, niestety, brak równowagi i wyrobienia i tu się wyczuwa. Niektórzy z rzekomych krytyków wpadli wprost w chorobliwą manję węszenia wszędzie nadużyć; stąd ciągłe zatargi, hałaśliwe interpelacje a nawet szkodliwe oddziaływanie na bieg spraw, rozluźnianie karności i dyskredytowanie władz. Manjacy ci nie zdają sobie sprawy, że w swym bezkrytycyzmie względem własnych kroków, są bezwiednymi apostołami wschodnich prądów bezładu i anarchji.

Miejmy nadzieję, że jest to zjawisko przejściowe, że z rozszerzeniem się u nas kultury i wyrobienia społecznego, tego rodzaju szkodliwi manjacy znikną z powierzchni naszego życia, a gospodarka całego kraju będzie pod ogółem zdrowej krytyki i racjonalnej kontroli.

Ale czas już wydostać się z krainy tych niezdrowych cuchnących oparów. Otóż pędziliśmy do pożaru z dużą szybkością, bez żadnych przeszkód. Kiedy tabor przybył do palącej się fabryki, już zastał przy ogniu kilka bliższych oddziałów konnych i samochodowych, i akcja już w części była rozpoczęta.

W ogniu była część dachu i poddasza. Po wolnych od ognia i dymu schodach przedostałem się za komendantem na strych, gdzie pracowało kilku wylotowych [2], atakujących ogień, nie dopuszczając go do nietkniętej części dachu. Ledwieśmy zdążyli odejść stamtąd do schodów, chcąc zejść na dół, aby przedostać się do ognia z drugiej strony po drabinie mechanicznej, gdy usłyszeliśmy za sobą potężny huk. Wyrwał się duży słup płomieni i zaczęło się palić ostatnie (III) piętro, gdzie było dużo rozpoczętych wyrobów celluloidowych. Okazało się, że ogień przepalił strop na poddaszu, przedostał się na III-cie piętro i spowodował groźny wybuch. Dwóch strażaków padło ofiarą wybuchu. Z nich jeden zginął ha miejscu, a drugi, ciężko ranny, wkrótce zmarł. Kilku było lżej rannych i opalonych. Natychmiast posłani byli nowi wylotowi na to piętro i niżej na drugie piętro. Zadaniem ich było niedopuszczanie dalej ognia i zabezpieczenie składów gotowych zabawek, które znajdowały się w dużej ilości, na II i I-em piętrze. Wszędzie w tych ubikacjach, jak również w klatkach schodowych i windach pełno było dymu gryzącego i bardzo przykrego od spalonego celluloidu, tak że trudno było oddychać i ogromnie bolały oczy. Wielu strażaków, a przede wszystkiem wylotowi, pracowało w respiratorach.

Ogień, zaatakowany z dwóch stron kilkunastu prądami z parowych sikawek i pomp samochodowych, po godzinnej pracy umiejscowiono.

Sympatyczny komendant wszędzie mnie oprowadzał i pokazywał, zwracając uwagę na pojedyncze fazy akcji. Podczas dogaszania ognia zwiedziliśmy całą fabrykę, przyczem poznałem przedstawionych mi naczelników poszczególnych oddziałów. Bardzo żałowałem, że poza kilkoma zdaniami nie znam języka angielskiego. Przyjrzałem się szczegółowo pracy oddziałów t. zw. ochraniających.

W Angiji i w Ameryce straże ogniowe zwracają baczną uwagę na towary, narażone nieraz podczas pożaru na zamoczenie przez wodę, ściekającą przez stropy i schody. Ponieważ woda, przy nieumiejętnem jej używaniu lub nadmiernem laniu, większe nieraz straty może powodować, niż nawet ogień, przeto w tych państwach, gdzie wytwórczość i handel zajmują miejsce przodujące, gdzie są setki i tysiące składów, magazynów, wypełnionych bardzo cennemi towarami, zorganizowane zostały przy strażach ogniowych specjalne oddziały ochraniające.

Każdy oddział ma odpowiedni wóz zaprzężony w parę koni lub samochód, na którym przewożona jest, oprócz specjalnych ludzi, przeznaczonych do ochrony towarów, pewna ilość sztuk nieprzemakalnego płótna, t. zw. brezentu różnej formy i wielkości: węższe a dłuższe dla zabezpieczenia półek, szersze prostokątne dla pokrywania szeroko ułożonych towarów, kwadratowe i t.p. Znajdują się tu niewielkie pompki do wypompowywania wody z podłogi; do tegoż celu są ścierki i pęczki krótkich konopnych rozpuszczonych lin, umocowanych do drążków, używanych na statkach wojennych do zmywania pokładu i szybkiego zbierania zeń wody. Są też drabiny zwykłe i rozsuwane, pochodnie. Tak uzbrojony oddział udaje się w razie pożaru poddasza lub górnych pięter na niższe piętra i wyszukuje meble lub różnego rodzaju przedmioty.

O ile towary są rozrzucone, oddział ochraniający znosi je i gromadzi razem i pokrywa płótnem nieprzemakalnem, podstawia pod lejącą się wodę kubełki i wiadra, wypompowywuje z podłogi wodę pompkami, zgarnia ją pękami lin i ścierkami i tym sposobem ochrania powierzone sobie towary od uszkodzeń. Oddziały owe podlegają specjalnej pieczy towarzystw ubezpieczeniowych, w których interesie bezpośrednim leży ochrona ubezpieczonych w nich ruchomości i towarów.

Przyglądałem się pracy tych oddziałów. Otóż wszystkie półki i szafy zastałem już pokryte brezentami. Członkowie ochraniający uwijali się, podstawiając specjalne jakby miednice z lejami, z których zlewali lejącą się przez strop wodę do kubełków i wylewali ją przez okno. Inni znów zbierali skrzętnie wodę z podłogi zapomocą pęczków na drążku i ścierek.

Pragnąc wprowadzić podobny oddział w Straży Warszawskiej, konferowałem w tej sprawie z przedstawicielami miejscowych towarzystw ubezpieczeń, i te wyraziły gotowość całego wyekwipowania i utrzymania takiego oddziału.

Narazie wystarczy 1 parokonny wóz do przewożenia 6 ludzi, brezentów, pomp i t. p. Lecz to wszystko trzeba będzie odłożyć do lepszych czasów po wojnie, kiedy po zreformowaniu Straży Warszawskiej utworzona będzie centrala i kiedy przemysł i handel się ruszą i istotnie będzie co miał ten oddział ochraniać; a przy tem obecnie dostać niemożna płótna nieprzemakalnego i przy organizacji napotkałoby się cały szereg technicznych i finansowych trudności.

Po ugaszeniu pożaru oddziały Straży Londyńskiej zaczęły składać narzędzia, Zwijać linje wężowe i przygotowywać się do odjazdu, przyczem posiłkowały się, jako sygnalizacją dzwonkami przy wozach i samochodach.

Zastanowił mię brak sygnalizacji trąbkowej. Komendant objaśnił że ma kilku adjutantów i przez nich wydaje rozkazy, a również każe dzwonić w sposób umówiony. Wyłożyłem mu wtedy zasady naszej sygnalizacji trąbkowej i giestowej. Ostatnia bardzo się mu i innym oficerom podobała, co widziałem z ożywienia i przytakiwania. Sądzę, że to było szczere, bo Anglicy nie są skorzy do kurtuazji i zwykle są zimni i obojętni.

Była godzina 9 wieczór, kiedy wtem przypomniałem sobie, że wybieraliśmy się z żoną do teatru i ta czeka na mnie w hotelu. Pożegnałem się, szczerze dziękując komendantowi i in-nym angielskim towarzyszom po toporze za ich uprzejmość. Chciałem wrócić dorożką do hotelu, ale komendant polecił paru oficerom odwieźć mnie w samochodzie. Szybko pomknęliśmy do Wallsdorfhotelu. Teatr „się wściekł”… minę miałem niewyraźną…

Zabawiliśmy z żoną w Londynie jeszcze dwa dni, podczas których nie byłem na żadnym pożarze.

Jeździliśmy samochodem po głównych ulicach, przez port, przez Hydepark, aby mieć ogólne pojęcie o charakterze miasta. Londyn czyni wrażenie imponujące. Wspaniałe wybrzeża z olbrzymim ruchem statków, z granitowemi brzegam i z Igłą Kleopatry [3], szeregi ślicznych domów, tonących w zieleni, Trafalgar Square z pomnikiem Nelsona, pałac Królewski, parlament imponujących rozmiarów – wszystko to pozostawia niezatarte wspomnienia.

Pół dnia poświęciliśmy zwiedzaniu British Muzeum. Dostanie się do mego, wobec zamachów ze strony sufrażystek [4], nie było łatwe. Dzięki uprzejmości właściciela Wallsdorf-hotelu, który przesłał do Zarządu Muzeum specjalny list polecający i poręczający, dostaliśmy karty wstępu.

Jakowoż nie dziwię się tym ostrożnościom, bo przy wejściu do muzeum ujrzeliśmy parę sufrażystek z wyzywającemi minami, rozdających numery pisma. Nikt z przechodniów nie zwracał na nie uwagi i to widocznie niezmiernie je drażniło. Dwóch olbrzymiego wzrostu policmenów z flegmą i spokojem pilnowało wejścia. Musieliśmy pokazać im oraz woźnym muzeum nasze karty i dopiero zostaliśmy wpuszczeni.

Trudno jest opisać wrażenie, jakiego doznałem, zwiedzając te pierwsze bodaj w świecie muzeum. W ciągu kilku godzin oglądaliśmy sale działu archeologicznego, podziwialiśmy bogactwo i kulturę prastarych stuleci Assyro-Babilonu, Egiptu i Grecji. Zbiory imponują wprost jakością i systematycznością ugrupowania nieprzeliczonych ilości zabytków, z których większa część doskonale jest dachowana. Szczególnie ciekawe są grobowce i kamienie z bardzo dokładnemi nieuszkodzonemi klinowemi napisami, opiewającemi historje dynastyj Assyryjskich. Rzeźbione ptaki i inne zwierzęta mają bardzo dokładne artystyczne wykończenie linij.

Imponujące są również zbiory Egiptu. Setki dobrze zachowanych mumij z prześlicznemi malowidłami, o dobrze utrwalonych barwach ceglanej, niebieskiej i złotej, całe zwoje dobrze zakonserwowanych papirusów z drobnem wyraźnem pismem heroglifów, broń, wozy, sprzęty domowe i t.p. wszystko to sprawia wrażenie imponujące i daje wyobrażenie o całości oraz doskonałości tych prastarych kultur z przed kilku tysiącleci przed naszą erą.

Byliśmy w British-Muzeum tylko około 4 godzin. Obejrzeliśmy pobieżnie kilkadziesiąt zaledwie sal, mieszczących owe zabytki archeologiczne, co stanowi może jakąś setną część tych olbrzymich bogatych zbiorów. Stanowczo na zapoznanie się z tem bogactwem trzebaby użyć conajmniej kilku miesięcy.

Mnie jako strażaka zajmowały przytem urządzenia przeciwpożarowe muzeum. Otóż, pomijając to, że wszystkie zbiory mieszczą się w budynkach ogniotrwałych, wszędzie są hydranty z wężami i wylotami, oprócz tego wiszą w salach i na schodach ręczne gaśnice. W całej grupie gmachów muzealnych jest sygnalizacja elektryczna i połączenie specjalne z bliższemi oddziałami straży ogniowej.

.Pod wieczór ostatniego dnia naszego pobytu w Londynie znać było na ulicach specjalne poruszenie. Chłopcy wykrzykiwali o wojnie, wypowiedzianej Serbji przez Austrję, publiczność się skupiła, wspólnie odczytywano dodatki nadzwyczajne. [5]

Wyjechaliśmy z Londynu na drugi dzień rano do Douwru pociągiem pospiesznym. Jadąc do Londynu, nie mogłem poprzednio nic dojrzeć, gdyż wyjechaliśmy z Douwru po 8 godzinie wiecz. To też teraz z przyjemnością i zaciekawieniem rozglądałem się po okolicy, szczególnie zaś wtedy, kiedy pociąg minął rozległe przedmieścia Londynu, pełne fabryk i w dymy spowitych budowli. Zaczęły się przewijać ładne dworki, otoczone ogrodami; wszędzie pola uprawne, sady, laski, na łące stada owiec, pasące się krowy.

Znać zamożność i dostatek na każdem kroku tudzież kulturę wysoką ziemi i gospodarstwa.

Zatrzymaliśmy się tylko na dwóch czy trzech stacjach i to na krótko. Przez ten czas z naszego przedziału II-ej klasy wysiadło i wsiadło paru ziemian. Z Londynu jechała z nami oprócz nich jakaś para małżeńska Anglików, młody Chińczyk o brzydkiej twarzy i skośnych oczach i młody przystojny Hiszpan.

Chińczyk, słysząc mię rozmawiającego z żoną, odezwał się po rosyjsku. Zacząłem z nim rozmowę. Okazało się, że był to przyjaciel znanego rosyjskiego śpiewaka Szalapina [6]. Jechał do niego do Paryża.

Ciekawszym typem był Hiszpan. Przedstawił się nam, podając swój bilet [7]. Okazało się, że był ministrem Respubliki Panamskiej. Zwrócił się do żony i zaczął rozmawiać po francusku. Nie znając dobrze tego języka, brałem udział w rozmowie tylko dorywczo. Hiszpan interesował się Polakami i Polską, Twierdził, że z wojny Serbsko-Austrjackiej może wyniknąć wojna Europejska. Jako dyplomata, wtajemniczony we wszystkie arkana i tajniki polityki, podał nawet ewentualne przyszłe ugrupowania mocarstw w przyszłej wojnie. Teraz, gdy przypominam sobie szczegóły tej rozmowy, muszę przyznać panamskiemu ministrowi dużą dozę przewidywania i istotnie dobrą znajomość stosunków dyplomatycznych.

Kiedy wsiedliśmy w Douwrze na statek, płynący do Ostendy, wszędzie na pokładzie, w sali jadalnej, spostrzec można było grupy pasażerów, rozprawiających o polityce.

Z Ostendy dojechaliśmy w dwie godziny tramwajem elektrycznym do Heist sur Meer. Tu w hotelu pensjonacie zauważyliśmy duże zmiany i jakby pewnego rodzaju panikę.

Mieszkały w tym hotelu przyjeżdżające na letnie wywczasy przeważnie niemieckie rodziny z bliższych Belgji miejscowości – z Akwizgranu, Kolonji i Dusseldorfu. Do wspólnego stołu siadało zwykle przeszło 100 osób. Teraz zaś po powrocie z Anglji zastaliśmy przy kolacji daleko mniejszą ilość, zmiejszoną conajmniej o połowę. Wśród pozostałych widoczne było pewne zdenerwowanie. Sąsiedzi oznajmili nam o ogólnej mobilizacji w Niemczech. Dla tego tyle osób opuściło Heist, że jest obawa wojny z Francją i Rosją. Niektórzy jednak twierdzili, że się skończy tylko na mobilizacji i demonstracji politycznej.

Rozmawiałem dłużej po kolacji z bratem gospodyni hotelu, sympatycznym Flamandem, z którym uprzednio zapoznaliśmy się. na tle wspólnych idei pożarnictwa (był on, jak już zaznaczyłem, naczelnikiem miejscowej straży ogniowej ochotniczej). Otóż twierdził on, że wojna jest możliwa, że Serbja w ciągu miesiąca będzie pobita i na tem się zakończy. Twierdzenie to. wydało mi się logicznem.

Na drugi dzień symptomaty paniki znacznie powiększyły się. Mając kilkaset rubli, pragnąłem parę setek wymienić na franki. Jednak jedyny istniejący w Heist kantor bankierski odmówił, zasłaniając się brakiem waluty frankowej, natomiast obiecując to uczynić na drugi dzień.

Musieliśmy pojechać do pobliskiego Blankenbergu, gdzie podobno było parę banków i  wiele kantorów bankierskich. Tu w jednym z nich za 100 rb. dawano tylko 120 fr. (kurs wiadomy był 100 rb. = 237 fr.), w innych nie chciano wcale zmieniać. Ponieważ za tydzień kończył mi się urlop (pracowałem wtedy jako kierownik Komisji do spraw Bud. Ogn. Pożarnictwa w Centraln. Tow. Roln.), więc postanowiłem wyjechać na drugi dzień do Warszawy, aby stamtąd przysłać pieniądze w walucie frankowej żonie, która miała zabawić jeszcze miesiąc; byłem przekonany bowiem, że wojny nie będzie i że panika na giełdzie jest chwilową, jak zresztą już nieraz bywało.

W dniu 30 lipca, kupując na stacji w Heist bilet ao Kolonji, musiałem zań zapłacić złotem. Zastanowiło mię, że do pociągu tego wsiadło dużo wojskowych armji belgijskiej, W moim przedziale było paru oficerów, mówiących po flamandzku. Zacząłem z nimi rozmowę po niemiecku. Oficerowie ci wyrazili wątpliwość co do wojny i byli dobrej myśli. Do naszego pociągu po drodze wsiadało coraz więcej wojskowych. Wszędzie rozmowa była o mobilizacji i o wojnie. Bardzo wielu wojskowych jednak nie wierzyło w jej możliwość. Dopiero po zatrzymaniu się pociągu w Brukseli przygotowania wojenne przedstawiły się w całej swej grozie.

Na bardzo dużym dworcu kolejowym coraz to przybywały pociągi, przepełnione wojskowymi. Ścisk, gwar, podniecenie, czytanie depesz i dodatków nadzwyczajnych.

Olbrzymi plac przed centralnym dworcem kolejowym cały, literalnie cały, był zapełniony wojskowymi. Co za różnobarwność mundurów. Przeciągały oddziały, pułki całe piechoty, jazdy, artylerji, działa większe, mniejsze, polowe, ciężkie haubice, moździerze. Spieszono się do przygotowanych pociągów, które miały wieźć zmobilizowaną armję na północ, po za Leodjum do miejscowości graniczących z państwem niemieckiem.

Wszędzie wrzało, widać było ogólne podniecenie. Okrzyki podpitych żołnierzy, odgrażających się nieprzyjaciołom. Wszędzie słychać było orkiestry, grające Marsyljankę. Wszystkie restauracje pełne były wojskowych. Przez otwarte okna brzmiały śpiewy i dźwięki hymnów flamadzkich i Marsyljanki.

opr. Jerzy Linder

[1] spalinowych
[2] prądowników
[3] obelisk z Heliopolis przewieziony do Londynu w 1878 r.
[4] Sufrażystki (łac. suffragium – głos wyborczy) – aktywistki działająca na przełomie XIX i XX w. w Wielkiej Brytanii i USA na rzecz przyznania praw wyborczych kobietom. Większość sufrażystek stosowała metody nieposłuszeństwa obywatelskiego, protesty i petycje, niektóre jednak działały bardziej radykalnie: przykuwały się łańcuchami do ogrodzeń gmachów publicznych, podpalały skrzynki pocztowe i wybijały szyby w oknach wystawowych.
[5] Austria wypowiedziała wojnę Serbii 28 lipca 1914 r.
[6] Fiodor Szalapin 1873–1938) – rosyjski bas; obok Enrico Caruso najwybitniejszy śpiewak operowy przełomu XIX i XX wieku.
[7] wizytówkę

wrzesień 2016