Jak nie zwariować

Kategoria: W ogniu pytań

W szkole uczymy się, jak dbać o higienę osobistą, mamy zajęcia z fluoryzacji, ale już tego, jak zatroszczyć się o zdrowie psychiczne, nikt nas nie uczy. Zacznijmy od podstaw – w rozmowie z Martą Różycką, psychologiem i psychoterapeutą.

Przygnębienie, smutek, zniechęcenie życiem, lęk, złość, agresja to dla wielu osób chleb powszedni. Czy takie emocje – jeśli się przedłużają i stale nam towarzyszą – powinny nas niepokoić?
Zdrowie psychiczne i fizyczne to dwie nogi, na których musimy pewnie stać na ziemi. Jesteśmy jednością psychofizyczną. Wyznacznikiem tego, że z człowiekiem zaczyna się dziać coś niedobrego, jest to, że jedna z tych nóg – albo zdrowie fizyczne, albo zdrowie psychiczne – zaczyna kuleć, niedomagać. W przypadku kondycji psychicznej czerwona lampka powinna zapalić się nam wtedy, gdy osoba, która doświadczyła jakiejś trudnej sytuacji życiowej, ma jednocześnie poczucie, że wykorzystała wszystkie swoje sposoby, by poradzić sobie z tą sytuacją i wywołanymi przez nią emocjami, a nadal nie czuje się dobrze.

Jak sobie poradzić? Co strażak powinien zrobić – albo byłoby dobrze, żeby zrobił – na przykład po powrocie z trudnej akcji? W jaki sposób ma zadbać o zdrowie psychiczne w tej konkretnej sytuacji?
Pierwszy i najważniejszy krok to zauważyć emocje, które się we mnie pojawiają, być świadomym tego, co czuję. Drugi – zaakceptować to. To, że przeżywam tę sytuację, jest w porządku, to naturalne. Kiedyś uważało się, że dobry strażak to twardy strażak – heros, który nic nie czuje. Podczas akcji takie odcięcie od emocji jest dobre, sprzyja prowadzeniu działań i zachodzi niemal automatycznie. Nie oznacza to jednak, że strażak nie może okazać emocji. Znaczy tylko i wyłącznie tyle, że w większości przypadków tak to wygląda. Ale po akcji emocje wracają. Jeśli strażak wraca do jednostki, niech napije się kawy, porozmawia z kolegami, opowie im o tym zdarzeniu. Jeśli wraca do domu i wie, że jest mocno poruszony, niech zadba o siebie w takim codziennym wymiarze – wyśpi się, weźmie kąpiel, przytuli do żony, porozmawia z nią, może zajmie się majsterkowaniem lub pójdzie na spacer. Każdy z nas ma własne metody na rozładowanie stresu, poprawę nastroju. Bycie dobrym ratownikiem nie polega na tym, że ja emocje gdzieś w sobie głęboko upchnę, udam, że ich nie ma, żeby nikt ich broń Boże nie zauważył. Niech się pojawią, pozwólmy sobie ich doświadczać, nie oceniajmy ich, nie udawajmy, że nic się nie stało.

Nawet te negatywne?
Nikt nie jest w stanie przeżyć życia, będąc ciągle uśmiechniętym i zadowolonym. Jesteśmy istotami emocjonalnymi, a emocje to całe spektrum doświadczeń – smutek, rozpacz, wściekłość, gniew, nienawiść, radość, zadowolenie, podekscytowanie i tak dalej. Nawet jeśli ktoś ma pomysł, że nie będzie przeżywał negatywnych emocji, to tak czy owak musi je gdzieś w sobie ułożyć. Skumulują się i prędzej czy później dadzą o sobie znać. Ujawnią się, jeśli nie wprost, to w inny sposób. Wypierana złość może na przykład przerodzić się w autodestrukcję i skutkować depresją.

Doświadczam różnych emocji, one nie przechodzą, wyczerpują mnie. Zdaję sobie sprawę, że nie jest dobrze. Nie jestem w stanie sam sobie pomóc. Co dalej?
Jeśli to, co w nas siedzi, nie wybrzmiewa – choć mija kilka miesięcy, pół roku – i czujemy się coraz gorzej, faktycznie jest to sygnał alarmowy. Bo to oznacza, że sytuacja, która nas spotkała, załamała nasze naturalne strategie radzenia sobie. Trzeba szukać profesjonalnej pomocy. Ważne, żeby się otworzyć i pozwolić, by ktoś mi pomógł. I to jest trudne, czasami najtrudniejsze.

Nie wystarczy wsparcie przyjaciół, bliskich?
To oczywiście zależy od tego, z czym się borykamy. Ale jeśli moje metody zaradcze się wyczerpały, dzieje się ze mną coś nietypowego, coś mnie w środku uwiera i ten stan się przedłuża, to warto szukać pomocy u psychoterapeuty. Źle pojmowane wsparcie otoczenia nie tylko nie pomaga, lecz komuś przeżywającemu kryzys może wręcz zaszkodzić. Ludzie, którzy nie czują się szczęśliwi, rozmawiając z bliskimi, często słyszą: „Weź się w garść”, „No chyba coś wymyślasz. O co ci chodzi?”. Co mogą na to odpowiedzieć? „No właśnie nie wiem, o co mi chodzi”.

Na czym więc polega autentyczne wsparcie, które możemy dać drugiemu człowiekowi?
Na byciu ludzkim w stosunku do niego. Nie oceniam go, nie oceniam tego, co czuje, nie wyśmiewam, nie zagaduję, nie bagatelizuję jego uczuć i emocji. W ten sposób nie zamykam mu drogi do opowiedzenia o tym, co się z nim dzieje, do wypłakania się. Pozwalam, by mówił lub by milczał. Wystarczy czasem powiedzieć: „Widzę, że jest ci ciężko”, pogłaskać po ramieniu. Chodzi o to, by wytworzyła się atmosfera zrozumienia, wówczas nawet pewien rodzaj żartów – jeśli mówimy o podziale bojowym – jest w porządku. Nie powinniśmy mówić: „Nic się nie stało, nie przesadzaj”, „To przecież nic ważnego”, „No nie myśl już o tym”. A już najgorsze to wyśmiewać czyjeś uczucia, szydzić z reakcji emocjonalnych, pogardzać nimi. Drugi człowiek uczy się wtedy, że nie może okazać emocji, więc trzyma je w sobie, tłumi i zużywa na to bardzo dużo energii. Owszem opowiedzenie o tym, co się czuje, nie zmieni sytuacji, ale przynosi ulgę. Jest lżej, dosłownie.

Służba takiej otwartości chyba nie sprzyja? Przeświadczenie, że strażak musi być twardy, ciągle jeszcze pokutuje w środowisku.
Otwartości nie sprzyja kilka czynników. Trudno w grupie mężczyzn przyznać się do bezradności. Poza tym „nieradzenie sobie” nie jest akceptowane w kulturze tej służby. Dochodzi do tego bardzo osobiste przekonanie, co to znaczy być mężczyzną. Czy ja jako mężczyzna w ogóle dopuszczam do siebie myśl, że może się w moim życiu zdarzyć sytuacja, gdy będę potrzebował wsparcia? I wreszcie taki społeczny wstyd przed szukaniem pomocy w zakresie zdrowia psychicznego. Ludzie mylą bardzo często pomoc psychiatryczną z psychologiczną, wkładając to do jednego worka. Inna rzecz, że gros osób, które przeżywają trudne emocje, wręcz krzyczące, że nie jest dobrze – nie są w stanie ich odebrać.

Jak to? Nie widzą, że coś im dolega?
Może nie widzą, może nie chcą widzieć. Nie mają kontaktu ze swoimi emocjami, bagatelizują je albo nie umieją ich nazwać. A może interpretują objawy psychosomatyczne, czyli te, które objawiają się także w ciele, jako objawy chorób fizycznych, nie łącząc ich z tym, co dzieje się w sferze psychicznej. Bardzo popularnym objawem chorobowym są na przykład zaburzenia snu. Jedna osoba połączy je z kryzysem, emocjami, a inna stwierdzi, że ma krzywą przegrodę nosową. Jedno i drugie wytłumaczenie może być prawdziwe, ale jedno i drugie trzeba sprawdzić. Często ludzie po prostu przeszacowują swoją zdolność radzenia sobie. Wydaje im się, że dadzą radę, że sami to ogarną, sami sobie pomogą, ale w którymś momencie następuje załamanie, bo ciężar tego, co w nas tkwi, jest zbyt wielki. Zawsze powtarzam strażakom: „Panowie, nie chodzi o jakoś, lecz o jakość życia psychicznego”. I wracam do początku. Jeśli nie zaakceptujemy naszych emocji, nie powiemy drugiej osobie, o tym, co przeżywamy, tylko zmagamy się z tym sami, to będziemy udręczeni, umęczeni, a i tak dalecy od równowagi. Trzeba się po prostu do kogoś zwrócić.

Ale często wstydzimy się prosić o pomoc, zwłaszcza w tak trudnej sferze. Zazwyczaj sami oceniamy nasze emocje – o tych „złych” nie wypada mówić.
Pozbądźmy się przeświadczenia, że odczuwanie emocji jest czymś niewłaściwym, nie przyklejajmy im etykiety – dobre, złe. Emocje to bardzo ważna informacja o nas. One wyrażają nasz stosunek do rzeczywistości. Pierwszym krokiem w zachowaniu higieny psychicznej jest nieocenianie emocji i uznanie, że mam prawo do przeżywania ich. Czym innym jednak jest przeżywanie emocji, a czym innym nasze zachowanie pod ich wpływem. Zgodnie z naszymi normami społecznymi, nie wolno mi kogoś uderzyć czy opluć, bo jestem wzburzona. Ale mogę się zastanowić, co ta emocja mówi mi o mnie, dlaczego tak się czuję. I to jest pierwszy krok do zrozumienia tego, co się stało i co się ze mną dzieje. Uświadamiam sobie swój stan – że jestem wściekła, pocą mi się ręce, zaciskam pięści, serce bije mi szybciej. A skoro o tym wiem, to mogę zadziałać – na przykład zamiast kogoś uderzyć, odwrócę się i wyjdę z pokoju. Drugi krok – to już myśl, czy mogę coś zrobić z przyczyną tych emocji. Jeśli w pracy jestem z kimś w konflikcie – to jak go rozwiązać? Może warto porozmawiać z kolegą, przełożonym? Jeżeli wali się mój związek, może warto pójść na terapię małżeńską?

Czy łatwiej nam będzie znieść ewentualny kryzys, jeśli wcześniej świadomie dbamy o higienę psychiczną? Stajemy się odporniejsi psychicznie na to, co się wydarza?
Powiedziałabym raczej, że stajemy się bardziej świadomi tego, czego doświadczamy, jesteśmy bardziej na siebie uwrażliwieni. Szybciej i łatwiej wychwycimy moment, gdy dzieje się z nami coś niedobrego. Przecież niejednokrotnie w życiu może przemknąć nam przez głowę: „Mam tego wszystkiego dosyć! Lepiej, żeby mnie nie było”. Ale to jest tylko myśl. Jeśli ktoś dba o swoje zdrowie psychiczne, to się nad nią zatrzyma i zastanowi – co się takiego dzieje, że myślę w ten sposób. Czego mi potrzeba? Czego mi brakuje? O co mi chodzi? Czasem ludzie pytają, czy ja nie przeżywam w życiu trudności. Oczywiście, że przeżywam, równie intensywnie jak każda inna osoba. Ale ja dysponuję też dużą wiedzą na temat siebie samej. Szybko się orientuję, kiedy nie jest ze mną dobrze i kiedy muszę poszukać wsparcia. I tym tylko różnię się od przeciętnego Kowalskiego. Nie wynika to z mojej odporności na kryzys, lecz z samoświadomości, uważności na siebie i umiejętności proszenia innych o pomoc. To trochę jak ze zdrowiem fizycznym. Są osoby, które mają temperaturę i lekceważą to, biorą tabletkę, kupują syrop i sami się leczą. Idą to pracy, z nastawieniem „jakoś to będzie, przechodzę, nie będę się nad sobą roztkliwiać”. A inni w takim momencie idą do lekarza i pytają: „co mi jest?”. Szukają przyczyny, drążą. W sytuacjach skrajnych, stresowych bądź w sytuacjach średniego natężenia stresu, ale pojawiających się regularnie, powinniśmy poszukać pomocy. Przedłużający się smutek, przygnębienie, brak energii, myśli samobójcze – to są objawy świadczące o tym, że coś się w organizmie załamało.

Antidotum na stres i trudne sytuacje są dla wielu osób substancje psychoaktywne – alkohol, narkotyki, leki, papierosy. Zażywając ich – radzą sobie z nimi, czy nie radzą?
Całe nieszczęście substancji psychoaktywnych polega na tym, że po ich zażyciu bardzo szybko spada napięcie, poprawia się samopoczucie. To samo dotyczy ryzykownych zachowań, gdy na przykład rozładowuję stres za pomocą szybkiej jazdy samochodem. Niestety, w dłuższej perspektywie szkodzą – i to bardzo. Można się od nich uzależnić. Zamiast kieliszka proponuję jazdę na rowerze, siłownię, uprzątnięcie podwórka czy jakikolwiek inny wysiłek fizyczny. Efekt będzie dokładnie ten sam – napięcie spadnie, poczujemy się lepiej, a przy tym będziemy zdrowsi. Wielu osobom się wydaje, że radzenie sobie ze stresem to już tylko medytacja, relaksacja i wyjazdy w plener. Nie mówię, że wysiłek fizyczny jest najlepszy dla każdego, ale jest pod ręką. Dobrze, jeśli każdy z nas znajdzie swój własny sposób na stres. Ja odreagowuję, biegając, czytając książkę, rozmawiając z bliskimi, słuchając muzyki, ty poprzez sen. Im więcej mamy tych sposobów, im więcej ich próbujemy, tym lepiej.

A gdy ktoś codziennie rano budzi się z myślą: „Nie jestem szczęśliwy, ale nie wiem dlaczego. Mam wszystko – fajną żonę, fajne dzieci, wybudowałem dom, jeździmy na wakacje, nieźle nam się powodzi. A mnie wszystko mierzi, jestem przygnębiony, czuję się źle i nie umiem znaleźć przyczyny”. Co wtedy?
To też jest sygnał, żeby zwrócić do profesjonalisty. Bo tylko wspólnie z psychoterapeutą można znaleźć przyczynę gorszego samopoczucia, bycia nieszczęśliwym. Sami tego nie zrobimy, ktoś musi nam w tym pomóc. Psychoterapia to patrzenie z boku i wstecz na życie człowieka, w jego głęboki środek, który dla niego samego w życiu codziennym jest niedostępny. Nie mówię, że kiedy ktoś budzi się z chandrą, to od razu powinien pobiec do psychoterapeuty. Chodzi mi o to, że osoba, która doświadcza pewnej niespójności (powinnam być szczęśliwa, a nie jestem, zrobiłam wszystko, żeby poprawić sobie nastrój, a on się nie poprawia) – zaczęła szukać profesjonalnej pomocy.

Czy jednak musimy być szczęśliwi? Panuje dziś kult sukcesu, bycia spełnionym, ciągłego uśmiechu na twarzy. A jeśli jestem smutny? Taką mam naturę? Czy to coś złego?
Szczęście to nie jest nieustannie dobry nastrój, przyklejony uśmiech, ciągłe tryskanie energią. Można by żartobliwie powiedzieć, że takie są też objawy manii. Uważam, że szczęście to bardzo głębokie wewnętrzne doświadczenie życia w równowadze, bycia na swoim miejscu w swoim życiu. To przekonanie, że moje życie zmierza w dobrym kierunku, przeżywanie go w pełni – ze smutkami i radościami, cieszenie się tym życiem, ale też zaakceptowanie, że są w nim dramaty. Podejście do życia w stylu amerykańskim – musisz być szczęśliwy, musisz być zadowolony, musisz tryskać optymizmem – jest nienaturalne, a nawet szkodliwe. Bo kiedy jestem smutna, przygnębiona, z czymś się wewnętrznie zmagam, a jednocześnie „zakładam na siebie” radość, powoduje, że żyję w głębokim zaprzeczeniu mojej rzeczywistości i w fałszu. To mnie rujnuje. Oczywiście to nie znaczy, że kiedy przeżywam trudne chwile, mam tym epatować. Ale mogę przyjść do pracy i powiedzieć, że dzisiaj mam gorszy dzień, jestem smutna – i to jest w porządku.

Na jaki aspekt higieny psychicznej, oprócz świadomego przeżywania własnych emocji, mówienia o nich i umiejętności proszenia o pomoc, zwróciłaby pani jeszcze uwagę?
Ważna jest równowaga pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. O tym się często w naszej służbie nie mówi, ale przecież życie toczy się też poza pracą. Jeśli zauważymy, że w naszej sferze prywatnej dzieje się coś niedobrego, to od razu szukajmy środków zaradczych, nie zwlekajmy z tym. Starajmy się rozwiązywać drobne problemy, zanim przerodzą się w większe.

Co najbardziej nam przeszkadza w osiągnięciu życiowej równowagi? Co robić, gdy czujemy, że w naszym życiu jej nie ma?
To bardzo trudne pytanie. Wiele czynników wpływa na to, że albo jest nam trudniej, albo nie jesteśmy w stanie takiej równowagi osiągnąć. Często wynikają one z naszych doświadczeń w przeszłości, z życia rodzinnego. Nasi rodzicie nie dali nam wsparcia lub przeciwnie, byli nadopiekuńczy. To może być też niepożegnanie się z jakimś etapem naszego życia. Jeśli jestem czterdziestolatkiem, a zachowuję się jak nastolatek, to tak jakbym odmawiał bycia dojrzałym człowiekiem. W budowaniu równowagi może też przeszkadzać mała wiedza o sobie samym. Niektóre osoby zupełnie nie zdają sobie sprawy, jakie w nich drzemią emocje, nie zauważają ich, nie wiedzą, kim są i czego chcą. Tu dotykamy trudnego zagadnienia, jakim jest budowanie własnej tożsamości. Jeśli mamy 30 lat i ciągle siebie nie dookreśliliśmy, to niewątpliwie będzie nam przeszkadzało, choć z drugiej strony poszukiwanie własnej tożsamości, może być jednocześnie zmierzaniem do tej równowagi. Często jest tak, że to, czego doświadczyliśmy w życiu, tak mocno przygniata nas do ziemi, że nie możemy iść dalej. Może warto więc poszukać przyczyny w naszej przeszłości?

A jeśli ją znajdziemy? Winny najczęściej jest inny człowiek. Co mamy zrobić z tą wiedzą, z tymi doświadczeniami?
Nigdy nie szukajmy winnego, lecz okoliczności, zdarzeń, sytuacji. Szukamy po to, by móc podomykać pewne rzeczy. Szukanie winnego i obarczenie winą może powodować w wielu sytuacjach zwolnienie z działań. Jeśli znalazłam winowajcę, to mogę dojść do wniosku, że już nie muszę nic robić. Jestem ofiarą. I ofiarą można być przecież całe życie. Jeśli szukam drogi do szczęścia, do wewnętrznej równowagi, to trzeba odpuścić myślenie, że ktoś jest winny albo że się zemszczę, bo to w moje życie nic nie wniesie. To trudne zagadnienia. Osoby dyskutujące z tym światopoglądem często pokpiwają: „No tak, ktoś był maltretowany, bity i jeszcze powinien być z tego powodu szczęśliwy?”. Jeśli ktoś był maltretowany i to przeżył, to zdobył potężne doświadczenie, jak przetrwać. Obarczenie kogoś winą nie spowoduje, że będzie szczęśliwszy, a jedynie to, że nie przestanie tkwić w tym doświadczeniu – w goryczy, frustracji i nienawiści. Jeżeli zaś się z tym pożegnam, uznam, że to jest moje doświadczenie i nic go nie zmieni, ale już nie chcę być do niego uwiązany – to mogę iść dalej. I to jest praca na terapię, ale takie właśnie podejście pozwoli mi dążyć do równowagi.

Niektórzy twierdzą, że niezależnie od tego, co nas spotyka, możliwe jest – dzięki pracy nad sobą – osiągnięcie stałego wewnętrznego spokoju, błogostanu.
Mam znajomego psychoterapeutę – to Andrzej Nehrebecki – który samym sobą pokazuje, że to rzeczywiście możliwe. Tak pracuje nad swoim wnętrzem, nad postawą wobec życia, tak bardzo jest utożsamiony z tym, co przeżywa, że po części ten stan już osiągnął. A wyobrażam sobie, że w tej drodze są osoby jeszcze bardziej zaawansowane. Nie każdy dotrze do poziomu tak głębokiego spokoju – i nie każdy musi. Myślę, że nawet bez tego możemy być szczęśliwi i mieć zdrowe, udane życie.

St. kpt. Marta Różycka jest psychoterapeutą integratywnym i psychologiem. Pełni służbę w KW PSP w Katowicach.
rozmawiała Elżbieta Przyłuska